czwartek, 18 października 2012

Cat Power "Sun"


Click for the English version

Minęło sześć lat odkąd Chan Marshall wydała ostatni album z autorskim materiałem. Po drodze pojawiła się kolejna płyta wypełniona interpretacjami utworów innych artystów ("Jukebox"), ale przez cały ten czas czekałem na nowe piosenki. I wreszcie są. Tylko... to zdecydowanie inna Cat Power od tej, którą znałem dotychczas. Dziewiąta płyta przyniosła ze sobą znaczącą zmianę, czy się to komuś podoba, czy nie. A jak to wygląda w moim przypadku?

Zaskoczyła mnie ilość elektroniki. Nigdy wcześniej Chan Marshall nie korzystała z syntezatorów tak szczodrze, jak na płycie "Sun". W porównaniu z "The Greatest" różnica jest wręcz porażająca. Nie jest to elektronika pisana z myślą o parkiecie, tego artystka fanom nie zrobiła. Ale stworzyła całkiem nową jakość. Ponownie usiadła i napisała słowa oraz muzykę, jednak poszła w całkowicie inne brzmienie. W odmienny nastrój. Co się nie zmieniło? Wciąż jest tutaj głębia emocjonalna, wciąż w kilka chwil można zostać całkowicie pochłoniętym. I - oczywiście - wciąż mamy przyjemność obcować z jej wspaniałym głosem.

A poza tym? Ta płyta jest zapisem pogodzenia z samą sobą. W warstwie tekstowej cały czas przewija się bycie wiernym sobie, swojej drodze (choćby w "Always on my Own" czy "Real Life"). I, co wydaje się być naturalne, ta płyta jest spojrzeniem dojrzałej kobiety na jej dotychczasowe życie. Na to, co widziała, co przeżyła.

W swoich rozliczeniach Cat Power nie oszczędza nikogo. W "Ruin" odnosi się do otaczającego ją świata. Z brutalną szczerością ocenia ludzi na całym globie, z ich wiecznym narzekaniem, śpiewając: "Bitchin', complainin'/When some people ain't got shit to eat". Jednak artystka zaczyna od siebie. Pierwszymi słowami na płycie są "It's my way down", otwierające "Cherokee". Wydawałoby się, że nie można zacząć albumu w bardziej smutny sposób, a jednak nie umiem odczytywać ich inaczej niż jako początku procesu gojenia ran. Jest w tej piosence ból, to prawda. Ale słuchaniu towarzyszy poczucie, że to nie emocjonalne samobiczowanie. To szczerość wobec siebie, potrzebna do tego, żeby pójść dalej. I ku takiej interpretacji wydaje się skłaniać również tytułowy utwór, gdy padają w nim słowa: "Here comes the sun/(...)/We are free, you and me, we can finally run". I ta szczerość towarzyszy słuchaczowi przez cały album. A wypełniają go znakomite, bardzo różne od siebie utwory.

Duże wrażenie (nie tylko za sprawą swojej długości - blisko 11 minut) robi "Nothin but Time", zaśpiewany w duecie z Iggym Pop. Dwoje ludzi - z wydawałoby się różnych światów - staje razem, żeby zaśpiewać o tym, że wszystko w naszym życiu zależy od nas samych. Czy zdobędziemy szczyt, czy stoczymy się na dno: to sprawa wyłącznie naszych decyzji. Dwoje ludzi z bagażem doświadczeń jeśli chodzi o uzależnienia (od alkoholu, narkotyków) śpiewa: "It's up to you/To be a superhero/It's up to you/To be like nobody".

Ciekawy jest również następujący po tym wyznaniu na dwa głosy "Peace & Love", który zamyka album na zdecydowanej nucie bluesowo-rockowej. Chan śpiewa dobitnie: "Peace and love is a famous generation/I'm a lover, but I'm in it win". I właśnie tym "Sun" jest: zwycięstwem.

Jak napisałem na początku: to zdecydowanie inna Cat Power od tej, którą znałem dotychczas. Ale ta znajomość będzie chyba jeszcze bardziej fascynująca.

Dla fanów cyferek: 9/10

It's been six years since Chan Marshall released her last author's material. In the meantime we got another CD filled with covers ('Jukebox'), but all this time I kept waiting for new songs. And finally, they're here. There's just one thing... This Cat Power is entirely different from Cat Power that I used to know. The ninth album brought a significant change - whether you like it or not. What it looks like in my case?

The massive amount of electronic took me by surprise. Never before has Chan Marshall used synthesizers so generously, as she did with 'Sun'. When you compare it to 'The Greatest' the difference is striking. It's not an electronic written to be played at dancefloors, that would be too much. However author has made entirely new quality. Once again she sat and wrote lyrics & music, but she chose totally different sound. Different atmosphere. What's the same? It's still a deeply emotional music, still you can be overwhelmed in a few seconds. And - of course - you still have the pleasure of listening to Ms. Marshall's beautiful voice.

This album is like recorded act of getting to be at peace with yourself. Lyrically it's one of the main themes: to be true to yourself, to your way of living (listen to 'Always on my Own' or 'Real Life", they're good examples). And - what seems to be natural - this album is also a look of mature woman at her life until now. A look at all the things she had seen, all the things she lived through.

Cat Power doesn't keep herself from judgements over anyone. In 'Ruin' she refers to people everywhere she's been. She sings, with brutal honesty, about common tendency to grumble about something: 'Bitchin', complainin'/When some people ain't got shit to eat'. Yet the first person artist sings about, is herself. The first words from record are: 'It's my way down', from 'Cherokee'. You might think that there is no sadder manner to start your album. But every time I hear them, I get the impression that they mark the beginning of healing process. There's a lot of pain in this song, sure. However when you listen to it, it doesn't feel like an act of emotional self-flagellation. It's an honesty with yourself, required to move on. And I think that words from title track point you in this direction: 'Here comes the sun/(...)/We are free, you and me, we can finally run'. This honesty is with you all the time the album plays. And it's an album filled with amazing, very different from each other songs.

'Nothin but Time' is a very impressive (not only due to length - almost 11 minutes) duet with Iggy Pop. Two people - from you might think entirely different worlds - stand together to sing that everything in our lives is a matter of our decisions. Two people with a big experience when it comes to addiction (to drugs, alcohol) sing: 'It's up to you/To be a superhero/It's up to you/To be like nobody'.

'Peace & Love", coming after this confession for two voices, is also very intriguing. It closes the album on a firm blues rock note. Chan sings emphatically: 'Peace and love is a famous generation/I'm a lover, but I'm in it win'. And that's what the 'Sun' is: a victory.

As I said before: this Cat Power is entirely different from Cat Power that I used to know. And I just can't help the feeling that it's going to be even more fascinating relationship.

For all the fans of numbers and such: 9/10

czwartek, 11 października 2012

It's, oh, so quiet...

I'm really sorry for being so quiet lately. I'm in the middle of moving, getting everything done in new apartment and I'm a little bit overwhelmed by the number of things I have to look into right now. But as Arnie said: I'll be back. Promise! Hope to post another review this week, so...

STAY TUNED!

piątek, 5 października 2012

Recenzja: Andreya Triana "Lost Where I Belong"


Click for the English version

Andreya Triana to kolejna kobieta z wytwórni Ninja Tune, która pojawia się na łamach mojego bloga. Jednak muzyka, którą nagrywa jest bardzo odległa od dokonań opisywanej jakiś czas temu Emiki. Andreya Triana związała się z muzyką znacznie "cieplejszą". Sięga do soulu, popu, jazzu. I całkiem dobrze się w tej mieszance odnajduje.

Poznałem tę młodą Brytyjkę za sprawą jej gościnnych - udanych - występów na płycie Bonobo "Black Sands". Jednak do jej albumu solowego podchodziłem z pewną dozą niepewności, jeśli chodzi o zawartość. Co innego zaśpiewać w trzech utworach, a co innego nagrać taką ilość materiału, żeby móc wypuścić własną płytę. Do pewnego stopnia uspokajający był fakt, że za warstwę muzyczną odpowiada Simon Green, czyli właśnie wspomniany wcześniej Bonobo. I właśnie też tutaj się chyba najbardziej zawiodłem. Głos Andreyi jest znakomity, oczarowuje mnie całkowicie. Tylko wiele utworów bardzo głęboko mi nie zapadło w pamięć. Są przyjemne, dobrze się ich słucha, ale mogą lecieć gdzieś w tle, nie budząc żywszych emocji. Na pewno warto posłuchać singlowego "A Town Called Obsolete". To mój absolutny faworyt na płycie. Żywy, zdecydowany, pewnie zaśpiewany przez wokalistkę. Żałuję, że nie ma tutaj więcej utworów o podobnym charakterze, o podobnej zadziorności. Zwykle jest bardziej łagodnie, delikatnie, co oczywiście nie jest samo w sobie czymś złym i nie znaczy, że się zupełnie nie sprawdza. "Daydreamers" jest utworem dokładnie takim, jak obiecuje tytuł: jest marzycielsko, chwilami wręcz sennie... Ale nie nieprzyjemnie. Zamykający album "X" to jeden z najlepszych momentów na płycie. Gdy Andreya śpiewa o nieudanym związku i powtarza w refrenie: "I guess it's just the way it goes" jestem całkowicie pochłonięty, są tutaj żywe emocje. I chyba właśnie ich mi brakuje - trochę za mało jest takich przejmujących momentów i za mało uczuć ten album wywołuje.

Należy jednak pamiętać, że tych 40 minut muzyki jest debiutem i to bardzo obiecującym. Mam nadzieję, że kolejny album (oby jak najszybciej, "Lost Where I Belong" wydana została w 2010 roku...) będzie lepszy. Na pewno Andreya Triana ma ogromny potencjał i może sobą zachwycić. Warto posłuchać!

Dla fanów cyferek: 6/10

Andreya Triana is another woman from Ninja Tunes to appear in the pages of this blog. However her music is very distant from the achievements of Emika, who was the first representative of British label to visit Violet St. Andreya Triana decided to go after a "warmer" music. She reaches out to soul, pop, jazz. And she manages to [całkiem dobrze się w tej mieszance odnajduje] this mix pretty well.

Andreya's (succesful) guest appearance on Bonobo's album 'Black Sands' was the first time I ever heard her. However I approached her album with a little bit of caution. It's something entirely different to sing in a few songs and it's another story when it comes to get enough material to make a record of your own. I found it a little bit reassuring that the person responsible for music is Simon Green or - mentioned before - Bonobo. And that's where most of my disappointments come from, I guess. Andreya's voice is excellent, it enchants me completely. And at the same time plenty of tracks didn't stay with me for long. Or even didn't stay with me at all. They're nice, listenable, but they can be played somewhere in the background, without waking any deeper emotion. Surely it's worth to listen to single "A Town Called Obsolete". That's my absolute favorite from 'Lost Where I Belong'. It's full of life, definite, confidently sung by vocalist. I truly regret that there aren't others like this one on the album, with the same brazen character. Usually songs here are soft, delicate. Not that it's something bad or it doesn't work at all. 'Daydreamers' are exactly what the title suggests: it's dreamy, well, even sleepy at times... But not unpleasantly. Closing track, 'X', is one of the best moments of the record. When Andreya sings in a soft, calm voice about unsuccesful relationship and keeps repeating in the refrain: 'I guess it's just the way it goes' I am overwhelmed, entirely, there are real, deep emotions in here. And I think that's what I miss the most: there's not enough songs that are so moving, so intense. This album should awake much more of them.

However you have to remember that these 40 minutes of music is a debut album. And it's a very promising debut. I hope that next record (and I hope to find out soon, 'Lost Where I Belong' is from 2010) will be way better. Andreya Triana has a great potential, that's for sure, and she truly can charm listener. 'Lost Where I Belong" is worth listening, at least a few times.

For all the fans of numbers and such: 6/10

czwartek, 27 września 2012

Recenzja: Kevin Tihista's Red Terror "On This Dark Street"


Click for the English version

Po siedmiu latach od wydania poprzedniego albumu, Kevin Tihista - jako Kevin Tihista's Red Terror - wypuścił w tym roku płytę "On This Dark Street". Mówiąc szczerze nie znam jego wcześniejszych dokonań, ale może to i dobrze. Inaczej zapewne tak długie oczekiwanie by mnie lekko irytowało.

Podobno muzyka irytują porównania do Elliotta Smitha. Z jednej strony - nie dziwię mu się, każdy artysta chce być identyfikowany jako ktoś wyjątkowy, a nie naśladowca czy imitacja. Jednak ciężko uniknąć takich skojarzeń. To dokładnie ten sam nastrój. Nie ma tutaj niczego porównywalnego z mocą np. "King's Crossing", ale nie znaczy to, że "On This Dark Street" jest płytą lekką i przyjemną. Wydała ją wytwórnia z Manchesteru, Broken Horse, i Kevin Tihista w swoich tekstach podziela przewrotne, mroczne poczucie humoru, które charakteryzuje pewien słynny zespół z tego miasta - The Smiths. Teksty posiadają w sobie lekkość i często w zabawny sposób mówią o rzeczach, które powodów do śmiechu nie dają, nawet najmniejszych. Wystarczy przywołać słowa z otwierającego płytę "Taking It To The Streets (Again)", opowiadającego o rozstaniu i niestabilności emocjonalnej: "Now there’s a million reasons why she is leaving / Number one she hates the fact that I’m breathing / Not to mention all the drugging and drinking / Well, to me that’s just a typical evening".


Muzycznie płyta to bardzo przyjemny indie rock, sięgający do rejonów pop. Delikatny, raczej spokojny. Bez przesytu, jeśli chodzi o formę, w jakiej całość jest podana. Nie jest to minimalizm w typie opisywanego ostatnio The xx (szukanie tutaj elektroniki to spore wyzwanie). To ograniczenie formy w stylu rockowym: perkusja, gitara, bas. Czasem jakiś instrument dodatkowo. Ale nigdy nie jest "tłoczno", jeśli chodzi o brzmienie. Nie ma tutaj mowy o uczuciu zderzenia ze ścianą dźwięku. To, co zapada w pamięć najbardziej, to gitara. Pozostałe instrumenty są tłem. Tłem dla pięknych melodii i obrazów smakujących goryczą.

Dla fanów cyferek: 7/10

After seven years since last album, Kevin Tihista - under moniker Kevin Tihista's Red Terror - finally released new record this year, 'On This Dark Street'. Honestly, I'm not familiar with his previous works, but that might be a good thing. Otherwise I would probably get irritated, if I had to wait for so long.

Supposedly musician gets upset when he is compared to Elliott Smith. I can understand that - every artist wants to be recognised as someone original, special, not as a copycat or imitation. One the other hand, it's really hard to avoid such associations. It's exactly the same mood. You won't find here anything comparable with power of, let's say, 'King's Crossing', but that doesn't mean, that 'On This Dark Street' is a nice and easy record. It's been released by label from Manchester, Broken Horse, and Kevin Tihista shares twisted, dark humour characteristic for a famous band from this city - The Smiths. Lyrics have the lightness in them and they often speak in a funny way about things, that are by no means laughable. Just take a look at words from opening track, 'Taking It To The Streets (Again)', a song about break-up and emotional unstability: 'Now there’s a million reasons why she is leaving / Number one she hates the fact that I’m breathing / Not to mention all the drugging and drinking / Well, to me that’s just a typical evening'.

Musically, it's a very pleasant indie rock record, reaching into the pop regions. Delicate, rather calm. Without the feeling of form taking over the matter. It's not minimalist in the way, that currently reviewed The xx is (trying to find electronic here might be a challenge). The music is limited in a rock style: percussion, guitar, bass. Sometimes some additional instrument. But it never gets 'crowded', when it comes to sound. What stays with you, is the guitar. The other instruments are just a back ground. Background for beautiful melodies and pictures of bitter taste.

For all the fans of numbers and such: 7/10

niedziela, 23 września 2012

Recenzja: The xx "Coexist"


Click for the English version

"Coexist" nie jest długą płytą: 11 utworów, z których najdłuższy nie przekracza pięciu minut. W sumie dostaliśmy niespełna 40 minut nowych piosenek, które zwykle oscylują w granicach 3-3:30 minuty. Może się wydawać, że to niewiele. W końcu debiut The xx ukazał się w 2009 roku, więc trzeba było trochę poczekać. Jednak płyta nie pozostawia uczucia niedosytu: jest jeszcze lepsza niż pierwszy album.

Z jednej strony chciałoby się powiedzieć, że niewiele się zmieniło: Jamie xx nadal maluje blade i smutne krajobrazy za pomocą zimnych dźwięków. Oliver Sim i Romy Madley-Croft wciąż śpiewają razem i do siebie, budując napięcie emocjonalne i seksualne. Nadal słychać tutaj odległe echa muzyki pop oraz R&B. A jednak ze wszystkich znanych z debiutu elementów powstała nowa jakość. Zamiast próbować zmieniać to, co przyniosło im sukces, The xx postawili na album będący bardziej esencjonalną wersją pierwszej płyty. Jest cicho i delikatnie. Nawet jeśli utwór jest bardzo rytmiczny, z wyraźnymi basami, z których Jamie szczodrze korzysta, nawet wówczas nastrój pozostaje wręcz oniryczny. Zarówno Oliver, jak i Romy, potrafią w bardzo sugestywny sposób śpiewać. Dzięki temu bez względu na to, kto śpiewa w danym utworze (o ile nie robią tego razem), atmosfera zawsze pozostaje gęsta od emocji. Interesujący jest również stosowany przez Jamiego zabieg używania... ciszy. Wystarczy posłuchać choćby "Sunset": pojawiające się nagle pauzy, sprawiają, że gdy wraca muzyka - poświęca się jej znacznie więcej uwagi.

Tekstowo wciąż obracamy się w świecie relacji damsko-męskich. W świecie pomyłek, rozstań i odwracanego na ulicy wzroku. Nadal słowa dotyczą tęsknoty, samotności, próby wyrwania się z niej. I wciąż doskonale komponują się z muzyką.

W przeciwieństwie do pierwszej płyty, na której już samo "Intro" potrafiło natychmiast do siebie przykuć słuchacza, "Coexist" wymaga więcej czasu. Wielokrotnego przesłuchania. Dopiero wtedy można ją docenić tak, jak na to zasługuje. Odkryć magię i piękno np. "Tides". I zakochać się bez reszty w zastosowanym tutaj z niesamowitym wdziękiem minimalizmie.

Jeśli ktokolwiek uważał, że The xx nie zasługiwali na uwagę, jaką zostali obdarzeni, ten album utwierdzi go w przekonaniu. W innym przypadku wywołać może tylko zachwyt.

Dla fanów cyferek: 9/10

'Coexist' is not a long album: 11 tracks with the longest one not even lasting more than five minutes. We got almost 40 minutes of new songs, that are usually around 3-3:30 minutes long. It could make you think that it's not much. After all, The xx's debut album was released back in 2009, so they kept fans waiting for some time. But the album doesn't leave you with a feeling of dissatisfaction: it's even better than the first one.

On one hand, you'd like to say that not much changed: Jamie xx still paints bleak & sad landscapes with cold sounds. Oliver Sim and Romy Madley-Croft still sing together and to each other, builiding the emotional and sexual tension. There are still distant echoes of pop and R&B. And yet, from all the pieces we know from the debut, a new quality is born. The band didn't try to change, what brought them to the top. Instead The xx decided to go with an album, that sounds like the essence of their first release. It's quiet and delicate. Even when the song is very rhythmical, with clear & pointed out bass, that Jamie so generously uses, even then the mood stays dreamy. Both Oliver and Romy sing in a very suggestive way. That's the reason for listener to be sure that no matter who will be on microphone (in those cases when they aren't singing together, of course), the atmopshere still will be thick with emotion. Also, I find it interesting , how Jamie uses... silence. Listen to 'Sunset': sudden breaks, make you more focused when the music plays again.

Lyrically we're still in a world of male-female relationships. In a world of mistakes, break-ups and turning your head away on the street. The words still speak of yearning, loneliness and attempts to get out of it. And they still go incredibly well with music.

Unlike the first album, where even the 'Intro' itself could hook you entirely, 'Coexist' needs more time. You have to hear this record through multiple times. Otherwise you won't appreciate it, as it deserves. You won't discover the magic and beauty of e.g. 'Tides'. And you won't fall for minimalism, that's used here with so gracefully.

If anyone thought the attention The xx got, was undeserved, this album will make him sure about it. Otherwise, it can only make you full of admiration.

For all the fans of numbers and such: 9/10

czwartek, 20 września 2012

Recenzja: Baroness "Yellow & Green"




Click for the English version

Zaskoczenie. Tym jednym słowem chyba można najłatwiej opisać moje wrażenia po pierwszym przesłuchaniu "Yellow & Green", najnowszego wydawnictwa Baroness. Płyta jest dobra, wręcz bardzo dobra, ale odmienna od brzmienia, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni na dwóch poprzednich albumach. Przypuszczam, że część fanów mogła się od zespołu odwrócić, ale... Podejrzewam, że w ich miejsce pojawiło się wielu nowych.

Na "Yellow & Green" metal zaczyna pokrywać się rdzą. John Baizley wraz z resztą ekipy postanowił zwrócić się w stronę bardziej łagodnej, przystępnej muzyki i nagrać album rockowy. Ale absolutnie nie można tego poczytać za zarzut. Słychać, że nie mamy tu do czynienia z pójściem na kompromis w celu zwiększenia napływu gotówki. Zmiana wynika z rozwoju zespołu i z wizji, jaką mają muzycy z Savannah. Co ciekawe - nie oznacza to wcale dalekiego odejścia od dotychczasowej stylistyki. Nie mamy też do czynienia z zupełnym odcięciem: "Take My Bones Away" mógłby się znaleźć na wcześniejszych wydawnictwach. Ogólnie można stwierdzić, że obie płyty są wypełnione melodyjnymi piosenkami o melancholijnym zabarwieniu. W przypadku Baroness nie oznacza to powolnych ballad o nieszczęśliwej miłości, ale nie zmienia to faktu, że znalazło się miejsce dla spokojnych utworów akustycznych ("Stretchmarker" czy - wieńczące całe wydawnictwo - "If I Forget Thee, Lowcountry").

Generalnie "Yellow" jest płytą szybszą, "Green" tą bardziej eksperymentalną i wolną. Obie są warte uwagi, na obu znajdują się znakomite piosenki. "Back Where I Belong" to trochę podróż przez wspomnienia, trochę wyznanie, trochę chęć ucieczki. To ostatnie pragnienie wydaje się zresztą często pojawiać w tekstach. "Eula" to dla mnie zapis rozpaczy. Pozbawionej nerwowego miotania się, to raczej rozżalenie związane z pogodzeniem się ze swoim losem. Z tym, że wiesz, co będzie dalej. Emocje aż kipią... "Green Theme" jest jak leniwe, niedzielne popołudnie, spędzone w słońcu, na werandzie. Wspomiane wcześniej "If I Forget Thee, Lowcountry" przynosi wspomnienie pożegnania dnia, gdzieś z dala od ludzi. To raptem kilka przykładów. Warto sprawdzić zarówno je, jak i resztę.

Atmosfera, którą tworzy słuchanie "Yellow & Green" nie jest wesoła. Zebrana tutaj muzyka niesie ze sobą smutek, melancholię, zamyślenie. Nie można jej odmówić piękna, umiejętności całkowitego oczarowania, ale włączając płytę należy liczyć się z tym, że słuchanie nie przyniesie naładowanych akumulatorów. Jednak nadal jest to jedno z najlepszych wydawnictw w tym roku.

Mam nadzieję, że szybko dojdą do siebie po wypadku, który mieli miesiąc temu podczas trasy po Europie.

Dla fanów cyferek: 8/10

Surprise. That's the word if I had to summarise my impressions after the first time I listened to 'Yellow & Green', the latest release from Baroness. The album is good, very good, but it truly differs from the sound, that we got used to on previous two CDs. I guess that some of the fans might turn their back on the band, but... I also think that a lot of new ones will come and take their place.

'Yellow & Green' is the place, were the metal starts to rust, you could say. John Baizley, along with the rest of his crew, has decided to pick a different path this time, towards more gentle, accessible music and record a rock album. And you just can't make any objection to this. You can easily hear, that it wasn't a compromise made to increase cash flow. It's a consequence of band's evolution and vision, that musicians from Savannah share. What's interesting, is that it doesn't mean walking away entirely from what we knew so far. Certainly Baroness isn't entirely cutting off: 'Take My Bones Away' might be as well recorded on previous albums. Generally speaking: both CD's are filled with melodic songs with melancholic theme. Of course, when it comes to Baroness, there's no way to expect slow ballads of miserable love, but still... You can find here calm, acoustic tracks ('Stretchmaker' or - closing entire record - 'If I Forget Thee, Lowcountry').

Generally speaking: 'Yellow" is the faster one and 'Green' the more experimental and slow one. Both deserve attention, both have great songs. 'Back Where I Belong' is a little bit of a trip through memories, a little bit of confession, a little bit of desire to escape. This last desire seems to come up in lyrics pretty often, by the way. 'Eula' is to me like a record of despair. Not with all the nervous shaking & struggling, but more of a bitterness, when you realize that you agree what life had in store for you. And you accept it. Emotions are boiling in this one... 'Green Theme" feels like lazy Sunday afternoon, while sitting in the sun, on porch. 'If I Forget Thee, Lowcountry', that I mentioned before, recalls memory of stadning alone while the sun sets, somehwere far from other people. These are just a few examples. It's really worth to check out them and the rest of the album.

The atmosphere that comes with 'Yellow & Green' isn't happy. Music carries sadness, melancholy, meditation. You can't deny it's beauty, ability to charm, but when you press 'play' you should be aware that listening to it won't charge your batteries. And still it's one of the best releases of the year.

I hope that all of them will quickly get back on their feet, after an accident they had month ago, while touring Europe.

For all the fans of numbers and such: 8/10

poniedziałek, 17 września 2012

Recenzja: Ren Harvieu "Through the Night"



Click for the English version

Ren Harvieu to prawdziwa wojowniczka. O wydanie swojej pierwszej płyty musiała toczyć bój znacznie cięższy niż większość artystów - bój z własnym ciałem, po wypadku, w którym uszkodziła sobie kręgosłup. Na szczęście wyszła ze zmagań zwycięsko i nagrała album "Through the Night". A jest to album znakomity.

Czekałem na niego przez kilka miesięcy, także oczekiwania nie były najniższe. Młoda angielska wokalistka całkowicie im sprostała. Spory udział w jej sukcesie mieli bez wątpienia współautorzy piosenek. Wśród osób zaangażowanych w ich tworzenie znajdziemy m.in.: Eda Harcourta, Dave'a McCabe'a z The Zutons, Jimmy'ego Hogartha (producent i autor piosenek,z którego talentu korzystali Amy Winehouse, Sia, James Blunt, Corinne Bailey Rae i wiele, wiele innych osób) czy Howiego Payne'a. Powiem szczerze, że zastanawia mnie, jak brzmiałby utwór stworzony w całości przez Ren Harvieu i mam nadzieję kiedyś się przekonać. Efektem wspólnych wysiłków jest album wypełniony muzyką pop, wzbogaconą o nawiązania do soulu. Jednak nie jest to pop w stylu współczesnych stacji radiowych. To pop nawiązujący do najlepszych dokonań lat 60-tych. Te aranżacje, te melodie... Ja to całkowicie kupuję: ciepły wokal Ren, orkiestrę, wszystko razem.

Jaki nastrój ma ta płyta? Stary film. Deszczowa pogoda, noc w mieście, połyskujące neony, para tańcząca na ulicy. Kobieta w połyskującej sukni śpiewająca na tle aksamitu. Gdy słyszę utwór tytułowy, nie mogę powstrzymać podobnych skojarzeń. "Forever in Blue" z nastrojem dymu papierosowego unoszącego się w knajpie późną nocą. "Summer Romance" i nastrój zachodu słońca pod koniec lata. Ta płyta, to znakomita ścieżka dźwiękowa z filmu, którego nigdy nie nakręcono.

Nic dziwnego, że Ren Harvieu podbiła nawet Johnny'ego Marra...

Dla fanów cyferek: 8/10

Ren Harvieu is a true fighter. To release her first record, she had to struggle much harder than most artists do - she had to overcome limitations of her own body, after an accident which left her with injured spine. Luckily, she won the fight and recorded album 'Through the Night'. A brilliant album.

I've waited for it for a few months, so the expectations weren't low. Young English vocalist met them without any problems. Yes, without doubt co-authors of her songs had played a part in her success. Among the people invloved in writing them, you can find Ed Harcourt, Dave McCabe of The Zutons, Jimmy Hogarth (producer and writer for Amy Winehouse, Sia, James Blunt, Corinne Bailey Rae and many, many others) and Howie Payne. To be honest, I'd really like to hear how a song entirely written by Ren Harvieu would sound like. I hope to find out, one day. Their efforts brought to listener album filled with pop, enriched by soul music. However it's not a pop music, that you can hear in a modern radio station. This is pop that makes references to the best achievements from sixties. Those arrangements, these melodies... I'm into it all: Ren's warm vocal, orchestra, everything, everything.

What's the mood of this record? An old movie. Rainy weather, night in the city, shining neons, a couple dancing on the street. Woman in a glittering dress sings on the velvet background. Whenever I hear the title song, I can't stop these and similair visions in my mind. 'Forever in Blue' with atmosphere of cigarette smoke in pub, late at night. 'Summer Romance' and the mood of sunset at the end of summer. This album is an excellent soundtrack to a movie that has never been directed.

It's really no surprise, that even Johnny Marr fell for Ren Harvieu.

For all the fans of numbers and such: 8/10

czwartek, 13 września 2012

Recenzja: Bryn Christopher "My World"


Click for the English version

Bryn Christopher, pochodzący z Anglii, wydał swoją płytę już kilka lat temu, w 2008 roku. Był to jego pierwszy i - zdaje się - ostatni album. A szkoda... Cały czas mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję usłyszeć go w nowych utworach, ponieważ zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie.

Muzyka jaką można usłyszeć na "My World", ponieważ taki właśnie tytuł ma album, to głównie R&B, ale też trochę soul, trochę pop. Wszystko to razem daje bardzo przystępny i przyjemny w odbiorze efekt. Nawet cover Portishead, który się tutaj znalazł - "Sour Times" - brzmi zaskakująco dobrze. Zaskakująco, ponieważ zmierzenie się z repertuarem Portishead wymaga sporo odwagi, a wyjście z takiego starcia zwycięsko jest już godne podziwu. Nadal wolę oryginał, ale utwór w wykonaniu Bryna Christophera nie jest jedynie słabą podróbką, ma własny charakter.

Zawartość albumu jest pełna emocji. "The Quest", najbardziej chyba znany utwór z płyty, jest bardzo wiarygodnie wykonany, również muzyka burzy krew, choć nie jest to najszybszy numer na płycie. "Stay with Me" porywa swoją rytmiką, energią, wokalista brzmi w nim szczerze. "My World" gwarantuje pozytywne skojarzenia: we mnie zawsze przywołuje obraz otwarcia występu wodewilowego. Światła na scenę, ekscentryczny ubiór i taniec. Jednak np. "Found a New Love", to już prawdziwe, bujające R&B. Zdarza się jednak też nostalgiczny nastrój, jak w "The Way You Are". Właściwie mógłbym utwór po utworze napisać kilka ciepłych słów. Po prostu warto posłuchać.

Dla fanów cyferek: 7/10

Bryn Christopher, coming from England, released his record few years ago, back in 2008. This was his first and - so it seems - the last album. It's a shame... I keep hoping that I'll finally have a chance to hear him sing new songs, because he really made a good impression on me.

Music that can be found on 'My World', because that's the records title, is mostly R&B, although there's also a little bit of soul & a little bit of pop. All together, you hear a very accessible and enjoyable effect. Even Portishead's cover that managed to get here - 'Sour Times' - sounds surprisingly well. Surprisingly, because it takes a lot of courage to even try to deal with this song, and leaving the clash as a winner is admirable. I still prefer original, but Bryn's interpretation isn't a cheap imitation, it has character of it's own.

Albums content is full of emotions. 'The Quest', probably the most famous song from this record, is sung in a very reliable way, the music makes your blood run faster, although it's not the fastest song in here. 'Stay with Me' will carry you away with its rythm & energy, vocalist sound honest. 'My World' guarantees positive connections: it always reminds me of some sort of a vaudeville show. Lights on stage, eccentric clothes & dance. But there's also a real, swaying R&B - 'Found a New Love' - or a moment of nostalgic mood - 'The Way You Are'. Well, I could wrte a few kind words about every song from the album. It's just worth your time.

For all the fans of numbers and such: 7/10

poniedziałek, 10 września 2012

Recenzja: Rilo Kiley "Under the Blacklight"


Click for the English version

Rilo Kiley już nie występuje ani nie nagrywa płyt, niestety. Kilka lat temu członkowie formacji zdecydowali się zawiesić działalność i... Już jej nie wznowili. Za każdym razem, gdy wracam do ich płyt, czuję się tym faktem głęboko zasmucony, podobnie jak świadomością, że nie będę miał okazji usłyszeć ich na koncercie. Nie lubię cierpieć w samotności, więc postanowiłem napisać parę słów o ich ostatniej płycie, "Under the Blacklight". Podobno wielu fanom wcześniejszych dokonań zespołu ten album się nie spodobał. Cóż, lubię starsze płyty, ale podoba mi się także ten debiut w barwach muzycznego molocha. Szkoda, że stanowił łabędzi śpiew zespołu z Seattle.

Muzyka nagrana na "Under the Blacklight" to rockowy charakter, wymieszany z błyszczącym, tanecznym popem. Nie jest to oczywiście żaden hard rock, nie mówiąc o czymś cięższym brzmieniowo, ale jest gitarowo, wyraźnie słyszalna jest też perkusja. Prawie wszystkie piosenki napisała w całości sama wokalistka, Jenny Lewis, a w każdej ma swój autorski udział. Teksty napisane przez nią na tę płytę obracają się wokół nocnego życia miasta i relacji damsko-męskich. Już w rozpoczynającym album rytmicznym "Silver Lining" śpiewa poklaskując: "I never felt so wicked/As when I willed our love to die". W "The Moneymaker", utworze o bardzo charakterystycznym brzmieniu za sprawą gitary, usłyszeć można: "You've got the money maker/They showed the money to you/You showed them what you can do". Może właśnie dlatego - i nieco za sprawą teledysku - utwór ten wydaje mi się być znakomity w nocnym klubie, jako oprawa muzyczna... Skoczne i taneczne "Dejalo", idealnie sprawdzające się na parkiecie, również ma ciekawy tekst: "I got a tail if you wanna chase it/I got a tongue if you wanna taste it/I got a place on the east side/I got some time if you wanna...". Utworem idealnym do potańczenia jest też "Smoke Detector" - dla mnie najlepszy numer z całej płyty, również za sprawą zabawnych słów. A ostatni utwór, "Give a Little Love", to już rasowy pop, przywodzący na myśl skojarzenia z dawnymi dokonaniami Pauli Abdul.

W świetle tego, co pisałem wcześniej, mogłoby się wydawać, że płyta jest jeszcze jednym z moich nieco depresyjnych faworytów. Nic podobnego. Jest pełna życia i zabawy. Szkoda, że zwiastowała koniec. Pozostaje słuchać Jenny Lewis śpiewającej solo (albo prawie solo) oraz The Elected, w którym udziela się obecnie Blake Sennett.

Dla fanów cyferek: 7/10

Unfortunately, Rilo Kiley is no longer touring or recording. A few years ago band members agreed to put the band on hiatus and... They never came together again. Each time I hear their CDs, I'm saddened by this fact. Just as I'm saddened by the thought of never getting a chance to attend their gig. I hate suffering alone, so I decided to write few words about their last album, 'Under the Blacklight'. I've heard that many fans of their previous releases didn't like this one.Well, I like their older records, but I like this major-label debut as well. Too bad it was this Seattle-based band's swan song.

Music recorded for the 'Under the Blacklight' has rock attitude, but combined with shiny dance-pop. It's not any sort of hard rock, of course, not to even mention something heavier than that. But it's still guitar sound with clear percussion. Almost all of the songs have been written by vocalist alone, Jenny Lewis, and she contributes in every single one. 'Under the Blacklight's lyrics circle around the night city life and male-female relationships. Even in opening album rythmical 'Silver Lining' she sings while clapping: 'I never felt so wicked/As when I willed our love to die'. In "The Moneymaker", composition with very characteristic sound, due to guitar, you can hear: 'You've got the money maker/They showed the money to you/You showed them what you can do'. Maybe that's the reason why - and a little bit because of the video - this song always makes me think, that it would fit perfectly in a nightclub... Jumpy "Dejalo", perfect for the dancefloor, has interesting lyrics as well: 'I got a tail if you wanna chase it/I got a tongue if you wanna taste it/I got a place on the east side/I got some time if you wanna...'. Another song perfect for you, if you wanna head to move, is "Smoke Detector" - for me it's the best song on the entire album, and the funny words play their role here. And the last song, "Give a Little Love", is a regular pop, reminding of Paula Abdul's old achievements.

It might look like the album is another of my little bit depressing favorites. Well, that's not the case. It's colourful, full of life and fun. Too bad it was a harbinger of the end. All we can do now is listen to Jenny Lewis solo (or almost solo) and The Elected, where you can hear Blake Sennett.

For all the fans of numbers and such: 7/10

czwartek, 6 września 2012

Recenzja: Russian Red "I Love Your Glasses"


Click for the English version

Russian Red w ubiegłym roku wydała swoją drugą płytę, "Fuerteventura". Dzisiaj jednak będzie o pierwszym albumie, "I Love Your Glasses" z 2008 roku. Lourdes Hernández - tak bowiem naprawdę nazywa się artystka, której pseudonim pochodzi od koloru szminki, a nie jakichkolwiek związków z Rosją - rozpoczynając karierę miała zaledwie 14-15 lat. A jednak materiał na płycie w żaden sposób nie może być uważany za niedojrzały. Budzi to tym większe uznanie, że Russian Red jest jedyną autorką tekstów i muzyki...

Twórczość Panny Hernández to pop przemieszany z folkiem, z dorzuconą czasem odrobiną rocka. Efekt jest znakomity. I do tego wokal - delikatny, dziewczęcy. Czasem wręcz eteryczny. Powiem szczerze: od pierwszych dźwięków "Cigarettes" byłem całkowicie stracony. Wokalistka śpiewająca "He was sitting by the swimming pool/But he was scared, 'cause it wasn't his time, it wasn't his chance/Getting older's not been on my plans" brzmi - mimo barwy głosu - jak dorosła kobieta. Mogę śmiało nazwać polskie gwiazdy w wieku średnim, które śpiewają teksty znacznie mniej dojrzałe. Generalnie jest rzewnie i nastrojowo, czego przykładem może być "No Past Land" z jego spokojną melodią i słowami o miłości. Nie jest jednak nigdy nieciekawie, nie ma się wrażenia grania wszystkiego na jeden ton. "Take Me Home" nosi w sobie echa, które przywodzą na myśl brzmienia rodem z Haiti. I do tego ten skandowany refren... Bywa bardziej depresyjnie - od razu przychodzi na myśl "Hold It Inside" ze swoją powagą. Zawsze jest interesująco. Cały album zamyka cover "Girls Just Wanna Have Fun" - jedyny, którego autorką nie jest Russian Red. Słynnej piosence zupełnie narzuciła swój charakter i ze skocznego utworu o imprezowaniu stworzyła rozrzewnioną balladę o dorastaniu.

Podsumowując: koniecznie trzeba się z tą płytą zapoznać. Na drugi album czekałem bardzo niecierpliwie. Ale o tym kiedy indziej.

Dla fanów cyferek: 8/10

Last year Russian Red released her second album, 'Fuertevetura'. Today, however, there'll be note about her first record, 'I Love Yout Glasses' which saw daylight in 2008. Lourdes Hernández - that's artists name, whose moniker comes from colour of lipstick, not from any connections to Russia - was around 14 or 15 when she begun her career. However material that you'll find here can't be seen as immature. It deserves recognition even more, when you realize that Russian Red is the sole author of lyrics and music...

Miss Hernández' creativity finds its way through pop mixed with folk, with a little bit of rock here and there. The effect is amazing. And the vocal - delicate, girlish. Sometimes simply ethereal. I'll be honest: I was totally lost from the first sounds of 'Cigarettes'. Vocalist singing 'He was sitting by the swimming pool/But he was scared, 'cause it wasn't his time, it wasn't his chance/Getting older's not been on my plans' sounds like an adult woman. I could easily name polish middle-aged so-called stars, who sing lyrics that are much less mature. Generally the mood is melancholic, a perfect example may be 'No Past Land' with calm melody and worda about love. However it never gets dull in here, there's no feeling that entire album sounds the same. 'Take Me Home' carries some echoes of sound that brings to you thoughts of Haiti. And this chanted refrain... Sometimes it gets more depressive - 'Hold It Inside' might be a good example here with its seriousness. But it's always interesting. Whole album is closed by cover of 'Girls Just Wanna have Fun' - the only song here that Russian Red didn't write by herself. Famous song has entirely given up to Hernández' interpretation and it transformed from lively prty anthem into emotional ballad about gorwing up.

Well, to summarise: this album is must. I've waited for the second one very impatiently.But that's a whole different story.

For all the fans of numbers and such: 8/10

poniedziałek, 3 września 2012

Recenzja: Emika "Emika"




Click for the English version

Jakiś czas temu pisałem o swoim - dość niefortunnym - spotkaniu z elektroniką w postaci albumu o trudnej do sklasyfikowania zawartości. Dzisiaj chciałbym napisać o płycie, którą również wypełnia materiał niemożliwy dla mnie do określenia pod względem przynależności gatunkowej. Jednak to spotkanie zaliczam do udanych. Płytę, o której mowa, nagrała Emika, a jej tytuł to... "Emika".

Emika pochodzi z Czech, ale dzieciństwo i młodość spędziła w Wielkiej Brytanii oraz w Niemczech. Muzyka, którą tworzy, wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Nic dziwnego, że pod swoje skrzydła wzięła słynąca z poszukiwań oryginalności i brzmień eksperymentalnych Ninja Tune. Brzmienie jest rasowo elektroniczne, a jednak nie przeszkadza to autorce wplatać w utwory klasycznych dźwięków fortepianu, na którym zresztą potrafi grać. Zimna muzyka, pełna dudniących basów, splata się tutaj z chłodnym, ale też delikatnym wokalem Emiki. Całość sprawia niesamowite wrażenie.

Nastrój albumu to samotność, nawet w obecności innych osób. Poszukiwanie drugiej osoby, niepewność własnych uczuć, szukanie siebie. Utwory są bardzo emocjonalne, choć odmalowane kolorami wyblakłymi, z których zniknęły radość i ciepło. Wypłowiały obraz poczucia wypalenia uczuciowego, wewnętrznej egzystencjalnej pustyni.

Płyta nie jest na szczęście nudna. "Professional Loving" jest równocześnie spokojny i pulsujący basem. "Count Backwards" mógłby być wykorzystany w "American McGee's Alice": to jak ścieżką dźwiękowa do snu, który zmienia się w koszmar. "Pretend" z połamanym podkładem wprowadza znaczną porcję psychodelii. "Drop the Other" jest - jak na ten album - niemal popowe, gdy Emika śpiewa o swoich rozterkach... A "Credit Theme" całkowicie wyłamuje się ze schematów - to instrumentalny utwór na fortepian, zamykający album.

Niepokojący. Tym jednym słowem opisałbym cały album. Zgromadzone tutaj utwory są hipnotyzujące. Ten dźwięk jest jak zimne palce wsuwające się niepostrzeżenie pod skórę. "Emika" jest warta poświęcenia jej czasu.

Dla fanów cyferek: 7/10

Some time ago I had written about my - a little bit unfortunate - meeting with electronic as an album with some hard to classify contents. Today I'd like to write about record that's also impossible for me to easily describe, when it comes to genre. However this encounter I find very successful. The record is by Emika and it's titled... 'Emika'.

Emika is of Czech origin, however she spent her childhood and youth in United Kingdom and Germany. Music that she created, escapes unambiguous classifications. You shoulnd't find this strange, that she's been taken into care by Ninja Tune, label famous for it's search for originality and experimental sound. The music on 'Emika" is pure electronic and yet, author somehow manages to throw in compositions classical piano. Piano she plays, by the way. Cold music, full of rumbling bass, intertwines with chilly and at the same time delicate, Emika's vocal. As a whole, it guarantees an amazing impression.

Album's theme is of loneliness, even in presence of other people. Search for other person, uncertainty of your own feelings, search for yourself. Songs are very emotional, although painted with pale colours, that have been left by any joy or warm they may have had. Bleak image of emotive burn out, inner existential desert.

Luckily, the album is not boring. 'Professional Loving" is at the same time calm and pulsating with beat. 'Count Backwards' could be easily used on 'American McGee's Alice' soundtrack: it's like record of dream turning into nightmare. 'Pretend' with it's broken beat delivers a considerable amount of psychedelia. 'Drop the Other' seems - when compared to the rest of the songs - almost a pop tune, when Emika sings about her dilemmas... And 'Credit Theme' entirely breaks out of the patterns - it's an instrumenal on piano, closing the album.

Distrubing. That's the word I'd use to describe the record as a whole. Compositions are hypnotizing. The sound is like cold fingers, that sneak beneath your skin without being noticed. 'Emika' is worth your time.

For all the fans of numbers and such: 7/10

środa, 29 sierpnia 2012

Recenzja: Yuna "Yuna"


Click for the English verison

Yuna jest młodą wokalistka, pochodzącą z Malezji. Nagrywała już wcześniej, ale "Yuna" jest jej debiutem na rynkach na całym świecie. Debiutem dość udanym, w który zaangażował się Pharrell Williams. Przesłuchanie płyty może chwilami budzić wątpliwości czemu persona o takiej renomie, podjęła się pomocy w wypromowaniu artystki na Zachodzie. Jednak utwory "dotknięte" przez słynnego producenta są najjaśniejszymi momentami płyty i pokazują jak duży potencjał ma młoda autorka, gdy współpracuje z właściwą osobą.

Album wypełnia muzyka pop, choć można usłyszeć też echa folkowe. Piosenki są delikatne i spokojne. Zresztą, cała płyta jest melodyjna i przyjemna w odbiorze. Głos Yuna ma bardzo przyjemny, dziewczęcy, uzupełniający się z brzmieniem. Jednak muszę przyznać, że wiele utworów może śmiało grać gdzieś w tle, nie przykuwając mocno uwagi, nie zmuszając do bliższego kontaktu. Są miłe dla ucha, ale - przynajmniej ja - nie potrafiłem większości od razu skojarzyć. Pojawiają się jednak również momenty bardzo charakterystyczne. "Bad Idea" to pierwszy utwór, któremu swój czas poświęcił Pharrell Williams. Brzmienie jest tutaj zdecydowanie inne niż reszty albumu, nie tak "gładkie". Podobnie jak w "See You Go", które Pharrell wzbogacił o elektroniczne wycieczki - z korzyścią dla piosenki. Wreszcie singlowe "Live Your Life" - znakomity utwór, pełen życia, optymizmu. Koniecznie trzeba go posłuchać. Ale to nie jedyne bardziej interesujące momenty. Warto zapoznać się też z "Island" i "Fading Flower", których bujający rytm bardzo dobrze wpływa na słuchacza. Generalnie rzecz ujmując - druga połowa płyty jest lepsza.

Teksty śpiewane są po angielsku, co można policzyć zarówno jako plus, jak i minus albumu. Większość nosi w sobie lekki smutek, melancholię, ale zdecydowanie nie jest to nastrój depresyjny, przytłaczający. Raczej lekkie zachmurzenie niż ciemna noc.

Z pewnością będę z zainteresowaniem czekał na kolejny album Yuny. Ten mi tchu w piersi nie zaparł, ale daje nadzieję na większe emocje w przyszłości.

Dla fanów cyferek: 6/10

Yuna is a young vocalist from Malaysia. She had some records before, however this self-titled album is the first to be released all over the world. And it's pretty good for a debut, a debut that Pharrell Williams was involved in. You might ask yourself a few times why a man of such renown made an effort to promote the singer. However, the songs 'touched' by famous producer, are the birghtest moments of the entire album and they show you how big is Yuna's potential, when she teams with the right person.

Record is filled with pop music, although you can hear echoes of folk. Songs are delicate and smooth. Entire CD is melodious and pleasant to listen. Yuna's voice is very nice, girlish, excellently corresponding with the music. However, I have admit that a lot of compositions can be easily played somewhere in background, without catching your attention immediately, not forcing you to listen more carefully. They're pleasant to hear, but - at least that was my case - you won't be able to recognise them at first. But there are also moments very characteristic. 'Bad Idea' is the first song that Pharrell Williams payed his attention to. The sound differs here from the rest of the album, it's not that smooth. Just as in 'See You Go', which is enriched by Pharrells trip into area of electronic, with a benefit for the song. Finally, the single 'Live Your Life" is an excellent track, full of life, optimism. It's a must, if you want to pick one song here. But htese aren't the only interesting moments. In my opinion it's also worth to give a try with 'Island' and 'Fading Flower', as their rocking rythm is really good for listener. Generally speaking: the second half of the album is simply better.

Lyrics are sung in English. You might consider it a prek, might consider a flaw. Most of them carry a dose of sadness, melancholy, but definitely the mood isn't overwhelming, depressive. It's more of a cloudy day with occasional rain, than deep, black night.

I'll surely wait for the next Yuna's album with interest. This one didn't take my breath away, but it gave me hope for some more powerful emotions in future.

For all the fans of numbers and such: 6/10

wtorek, 28 sierpnia 2012

Why you shouldn't get a membership at Daytrotter

Until now I've been quite happy member of the Daytrotter site. However today I'd like to share my disappointment. There's a concert of Counting Crows available for download. Yay! Well... Not really. It's not available for everyone. Yon can download it ONLY if you're a new member. Or you bought a membership for someone else, as a gift.

Honestly? I'd say that you have to really take care for your existing members, so they become something of a living ad for your site. It seems that there's entirely different thinking at Daytrotter. More like: you're already with us? Great! Now move, we need to get some new people inn.

Counting Crows show is not the first time it happens. Previously you had vinyls as extras for new members. Let me do some quoting here. Daytrotter on their FB page:
'Like our vinyl promotions, existing members can Gift A Membership to a friend and keep the download for themselves.' Seriously? GIFT a membership and KEEP the download? That's hell of a gift. 'Here's your package. No worries, I got something for myself from it.'

Probably you can say that it's my bad. CC was available for pre-order. Well, I'm not carefully paying attention to all the information I get from Daytrotter. Too much of useless crap in their e-mails. "Today" this, "soon" that... And the bottom line is: someone will have the show included in their membership, but you have to pay extras.

And it's really not about the money. I donate more to one of American radio stations monthly than the annual membership at Daytrotter costs. It's about the way you're treated after you pay.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Recenzja: Jay Malinowski "Bright Lights & Bruises"


Click for the English version

Jay Malinowski najbardziej znany jest jako frontman kanadyjskiej grupy reggae/ska, Bedouin Soundclash. Jednak przypuszczam, że po włączeniu płyty "Bright Lights & Bruises", każdy fan jego rodzimej formacji byłby szczerze zaskoczony. Zgromadzony na niej materiał w niczym nie przypomina muzyki, do której wokalista wcześniej nas przyzwyczaił.

Solowy album stanowi mieszankę muzyki pop, rock, przewijają się tutaj również akcenty rodem z folku. Bardzo dużo obiecuje otwierający płytę "There's a Light". Spokojny, delikatny, mimo, że nie jest szczególnie optymistyczny, to zawsze wywołuje we mnie pozytywne odczucia. Podobnie bardzo interesujący jest późniejszy "Narceritos". Nie mam pojęcia co oznacza tytułowe pojęcie, ale utwór jest żywy i ciekawy, jeden z najlepszych na płycie. Bardzo przyjemnie zaskakuje nowa wersja "Santa Monica", które to nagranie pierwotnie wydane było na pierwszym albumie Bedouin Soundclash. Nowa aranżacja znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Dobre wrażenie zrobił na mnie pełen energii "Loving Hand". Jednak generalnie płyta utrzymana jest w spokojnym tonie, to jak słuchanie historii o życiowych zakrętach, opowiadanych przy barze. Żałuję, że na wydawnictwie nie pojawia się więcej instrumentów klawiszowych. Moim zdaniem album by na tym znacznie zyskał. Wokalowi jednak towarzyszą zwykle gitary oraz perkusja i... właściciwe niewiele więcej. Takie instrumentarium jest całkowicie wystarczające zarówno do zagrania utworów bardziej pełnych życia, jak i tych spokojniejszych. Jednak pozostaje wrażenie, że można było zrobić coś więcej. Tekstowo Jay obraca się wokół rzeczy smutnych - rozstań, złych życiowych wyborów. Ciekawostka: jeden utwór ("Songs Never Sung") wydaje się być, delikatnie mówiąc, inspiracją dla piosenki "Don't Say Oh Well" z repertuaru Grouplove.

Nie jest to żadne epokowe dokonanie, nie jest to płyta wyjątkowa. A jednak jest na niej kilka utworów, do których nadal wracam, choć wydana została w 2010 roku.

Dla fanów cyferek: 6/10

Jay Malinowski is mostly recognised as a frontman of Canadian reggae/ska band, Bedouin Soundclash. I have to admit that probably any fan of mentioned group would be really surprised after listening to "Bright Lights & Bruises". The songs that are recorded on the album are nothing like the music that Jay got us used to.

Solo album is a mix of pop, rock, there are also some slight accents of folk. 'There's a Light", track opening the album, is very promising. Calm, delicate, and althourgh is't not very optimisstic, it always makes me feel good. Just as interesting is the following track, 'Narceritos'. I have no idea what this word means, but the song itself is full of life and energy. New version of 'Santca Monica', previously released on first Bedouin's album, comes as a very pleasant surprise. I have to say that I like the new arrangement much more than the original one. Good impression is also there, when you listen to 'Loving Hand", one of more up-beat songs on the record. However the mood in general is a calm one, it's like listening to stories about life and it's complications, at some bar. I truly regret that the use of piano is so limited. In my opinion it would have worked well for 'Bright Lights...'. Most of the time vocal is accompanied only by guitars, percussion and... that's almost it. Such equipment is, of course, entirely enough to play energetic songs as well as calm ones. However I just can't stop the feeling that there could've been done more. Jay's lyrics circle around sad, sorrowful subjects: bad choices in life, break-ups. Interesting fact: one of the songs ('Songs Never Sung') seems to be, delicately speaking, inspiration for 'Don't Say Oh Well' by Grouplove.

It's not an epoch-making album, it's not an exceptional record. And yet, somehow, I keep coming back to it, even though it was published in 2010.

For all the fans of numbers and such: 6/10

JAY MALINOWSKI "There's a Light" from Paul Forte, Film & Video Editor on Vimeo.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Recenzja: Cold Specks "I Predict a Graceful Expulsion"


Click for the English version

Cold Specks, czyli Al Spx, ma umiejętność całkowitego zahipnotyzowania słuchacza. Gdy po raz pierwszy usłyszałem jej utwór "The Mark", odłożyłem wszystko i skupiłem się na wyłącznie na słuchaniu. Po prostu musiałem. Ten krótki utwór obezwładnił mnie całkowicie. Zresztą, do dzisiaj pozostaje moim ulubionym na albumie. Zakup płyty wydawał się czymś całkowicie oczywistym. I bardzo słusznie.

Podchodziłem do tego albumu z dużymi oczekiwaniami. Może nie zostały całkowicie zaspokojone, ale absolutnie nie należy mówić o rozczarowaniu. Wręcz fakt, że album nieco się z nimi rozminął można policzyć na plus. Dlaczego? Spodziewałem się dostać więcej tego samego, czyli nastrój "The Mark" pomnożony przez liczbę utworów. I choć nie sposób się tutaj doszukać utworów przeznaczonych na parkiet, to płycie raczej trudno byłoby zarzucić granie na jedną nutę.

Al Spx napisała cały materiał zgromadzony na albumie. Trochę tu muzyki soul, trochę folkowych brzmień. Słychać, że nieobcy jest autorce gospel. A nad wszystkim - głównie za sprawą tekstów, ponieważ sam wokal ma przyjemną i ciepłą barwę - unosi się często ponury duch. W moim odczuciu praktycznie całej płycie towarzyszy "zimowy" nastrój, i stanowiłaby ona znakomitą ścieżkę dźwiękową dla tej pory roku...

Otwierający album "The Mark" to klimat samotnej, zimnej nocy. Głosowi Al towarzyszy tutaj wyłącznie gitara i wiolonczela, gdy żałobnym tonem śpiewa pierwsze słowa płyty: "He left his mark upon my skin/I said, I lost my loose heart to the cold, cold wind", żeby w refrenie poprosić smutno: "Take my body home". Autorka często zresztą bardzo trafnie oddaje nastrój piosenki jej tytułem. "Winter Solstice", "When the City Lights Dim", "Blank Maps". A jednak trzeba pamiętać, że nie znajdują się tutaj wyłącznie wolne utwory - są tu i energiczniejsze piosenki, jak ostatnia wymieniona, jak "Hector". A im bliżej końca, tym bardziej wydaje się zbliżać wiosna. Takie wrażenia towarzyszą mi przy "Steady". Powoli rozwijający się utwór, jak wstający świt, aż do finału: "We have caught fire/And the night is ours", który bardzo odbiega od początkowego smutnego wyznania na albumie. Następujący na koniec "Lay Me Down", ponownie bardziej skromny jeśli chodzi o instrumentarium, nie jest może utworem pozytywnym, ale Al Spx wydaje się w nim być bardziej pogodzona ze sobą i świadoma, że każda zima musi się skończyć. I z takim odczuciem pozostawia słuchacza.

Bardzo intymny album i bardzo onieśmielający.

Dla fanów cyferek: 7/10

Cold Specks, or Al Spx, has the ability to entirely hypnotise listener. When I heard her song 'The Mark' for the first time, I put everything aside and focused only on listening. I just had to. This short song has overpowered me. Even today it is still my favorite track on the album. Decision to buy CD was obvious. And let me tell you this: it was the right one.

I approached album with big expectations. Maybe they aren't fully met, but I can't say even a single word about disappointment. You might even consider it an advantage. Why? Well, I expected to receive more of the same and that would mean 'The Mark' multiplied by number of songs. And while it's impossible to find here any sort of dancefloor anthem, it's also impossible to accuse Canadian songwriter of making a monotonous record.

Al Spx is the sole author of the entire material collected on 'I Predict a Graceful Expulsion'. There's a little bit of soul, a little bit of folk. It's easy to hear that the author is familiar with gospel. But - mostly because of the lyrics, because vocal itself has a warm and pleasant timbre - there's very often a grim spirit wandering around. In my opinion pracitcally entire album has a 'winter' mood and would make a perfect sound track for this season of year.

'The Mark', opening the album, has an atmosphere of a lone, cold night. Al's voice is accompanied only by guitar and cello, when she sings in a grieving tone the first words of her record: 'He left his mark upon my skin/I said, I lost my loose heart to the cold, cold wind' and then sadly asks in refrain: 'Take my body home'. It is very often, that the author names her songs in a very accurate way, when it comes to their mood: 'Winter Solstice', 'When the City Lights Dim', 'Blank Maps'. But it's important to remember that there are not only slow songs here. You can also find some more energetic, like the last one mentioned or "Hector". And as the album progresses, it seems that the spring keeps getting closer. That's how I feel when I hear 'Steady'. Slowly building up, like sunrise, until it's final: 'We have caught fire/And the night is ours', which seems to be very distant from the initial mournful confession. The last song, 'Lay Me Down' - you could consider it simple when it comes to instruments - might not be a happy song, but Al Spx seems to be more at peace with herself and aware that every winter has to end. And that's the feeling she leaves you with.

Very intimate and very intimidating album.

For all the fans of numbers and such: 7/10

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

OFF 2012

Click for the English version

Od OFF-a minął już tydzień, wszyscy napisali swoje podsumowania. To może i ja parę słów napiszę na ten temat. Lepiej późno niż wcale... Tegoroczny OFF upłynął mi pod znakiem bolącej nogi. W związku z tym nie był, niestety, tak intensywny, jak planowałem. Nie było biegania między scenami, z namiotu do namiotu. Trochę wstyd, jak wspomnieć Iggy'ego Popa. Nie zmienia to faktu, że właściwie usłyszałem wszystko, co planowałem. A i pewne odkrycia muzyczne też udało się poczynić.

Pierwszym koncertem, który próbowałem odwiedzić w piątek, był Colin Stetson. Niestety, pierwszej chwili poczułem się, jakbym znalazł się w środku filmu "Alien". Niedługo potem doszedłem do wniosku, że tak mogą brzmieć umierające nosorożce i zdecydowałem się na ewakuację. Colin Stetson okazał się być dla mnie zbyt alternatywny i wyszedłem całkowicie pokonany. Pozytywne wrażenia wyniosłem z występu Converge. Było mocno i konkretnie, także nie rozczarowali. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć hardcore'owców z Salem i całkowicie zaskoczył mnie wokalista, Jacob Bannon, który przez cały koncert był bardzo uprzejmy wobec publiczności i sprawiał wrażenie zaskakująco skromnego człowieka. Właściwie z tego dnia chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch zaskoczeniach: pozytywnym oraz negatywnym. Na OFF-ie pierwszy raz zetknąłem się z muzyką Charlesa Bradley'a. Niesamowity występ. Świetna muzyka, bardzo dobry głos, piękne melodie. Czego chcieć więcej? Najlepszy koncert piątku, a i jeden z najlepszych na całym festiwalu - bez wątpienia pierwsza trójka. Niestety, potem przyszło rozczarowanie, czyli Mazzy Star. To był jeden z koncertów, na które najbardziej czekałem. Właściwie do samej muzyki nie mam żadnych zarzutów. Ale... słyszałem o wstydliwości Hope Sandoval, o unikaniu interakcji z publicznością. Przyznaję jednak, że nie sądziłem, że nie odezwie się do zgromadzonych nawet jeden raz. Bardzo, bardzo słaby był dźwięk. A i publiczność nie potrafiła uszanować nastroju, jaki ma Mazzy Star - jacyś żartownisie przez praktycznie cały koncert bawili się w teatrzyk cieni na wizualizacjach widocznych na scenie. Niesamowite, że trwało to do samego końca występu i nikomu z nich nie przyszło do głowy, że każdy żart - nawet najbardziej śmieszny (a ten taki nie był) - w końcu robi się nudny i irytujący. Oczywiście, te zarzuty nie są winą zespołu, w żaden sposób. Jednak niesmak po koncercie pozostał.

W sobotę bardzo mi się spodobał pierwszy usłyszany koncert, czyli warszawska załoga The Stubs. Grali bardzo energetycznie, pobudzająco. Warto się nimi zainteresować. Bardzo dobre wrażenie zrobił też na mnie wspólny występ Tides from Nebula oraz Blindead, ale nic w tym dziwnego, bo obie kapele lubię. Znakomicie wypadło wyczekiwane przeze mnie Other Lives. Nastrój stworzony przez Jessego Tabisha i jego zespół był lekko melancholijny, ale niczego innego nie należało się spodziewać, znając ich dokonania muzyczne. Pozytywne wrażenia wyniosłem też z koncertu Baroness - trafił się stary materiał, były dokonania z "Yellow & Green". Generalnie: bardzo solidny, równy koncert. Znakomicie zaprezentował się Thurston Moore. Szkoda, że Sonic Youth nie miałem okazji zobaczyć, ale samodzielnie również prezentuje świetne, rockowe granie. Przyjemnie było również usłyszeć The Antlers. Depresyjnie, ale przyjemnie. Natomiast niewątpliwie gwiazdą dnia - oraz całego OFF-a - był Iggy Pop oraz The Stooges. Iggy udowodnił, że punk rock, to jego życie. Stary, obolały, zmęczony, a jednak szalał na scenie przez cały czas. Przyjemne akcenty, jak zaproszenie ludzi na scenę. Moim skromnym zdaniem Iggy oraz The Stooges pokazali, że nadal mają w sobie więcej ognia, niż większość młodych, rockowych kapel. Niesamowity występ, warto zobaczyć!

Ostatniego dnia dotarliśmy późno. Pierwszym, co mogliśmy usłyszeć, było Fanfarlo. Przyjemnie się słuchało, choć nie porwało niesamowicie. Zaskoczył mnie Ty Segall, zupełnie mi wcześniej nieznany. Na pewno niedługo posłucham jego płyt. Zaskoczeniem była też Kim Gordon. Niestety, o ile dzień wcześniej jej partner swoim występem zrobił na mnie dobre wrażenie, to... Z Kim & Ikue poszedłem bardzo szybko. Battles dużo uwagi nie poświęciłęm, ponieważ za bardzo wyczekiwałem na Henry'ego Rollinsa. Nie śpiewał, zgodnie z zapowiedziami. Czy mi się podobało? Tak. Ale byłem też lekko rozczarowany. Być może to tylko ja, ale miałem wrażenie, że dla osoby zaznajomionej z jego książkami, płytami, występami, nie było tam wiele interesujących rzeczy. Mówił ciekawie, ale to było bardziej "Wprowadzenie do Henry'ego Rollinsa". Tak to odczuwałem. Także mam nieco mieszane uczucia. Szczególnie, że Rollins wymagał zrezygnowania ze Stephena Malkmusa. Ostatnim, co usłyszałem na OFF 2012, było SWANS. Miażdżyli, ściana dźwięku. Gdyby tak jeszcze Jarboe...

Generalnie - niewiele odkryć za sprawą mojego niedomagania. Ale kilka się trafiło. Rzeczy, które znałem, w większości spełnił oczekiwania. Miejsce zachwyca mnie tak samo, jak za pierwszym razem. I do tego ludzie. Sporo naprawdę interesujących osób. W tym momencie chciałbym pozdrowić ekipę lokalnych starych punkowców. Dzięki za sympatycznie spędzony czas!

Z całą pewnością w przyszłym roku znowu będę kupował bilet w ciemno. OFF to pewniak. Zawsze.

It's been one week since the end of OFF Festival already. Everyone posted their summaries. Here's a few words from me. Better late than never... Probably what I will remember the most from this year's OFF is my aching leg. It was the reason festival wasn't as intensive, as I planned it to be. There was very little running from one tent to another. A little bit embarassing when you think of Iggy Pop. Nevertheless I heard almost everything that I wanted to. And even made some musical discoveries.

The first concert I tried to see, was Colin Stetson. Unfortunately, at first his music made me think that I'm inside the 'Alien' movie. And then it began to make me think: 'This must be the sound of dying rhinos'. I decided that it's time to evacuate. Colin Stetson proved to be too alternative for me... I got positive feelings from Converge performance. It was hard and concretely, so it wasn't a disappointment. It was the first time I saw hardcore band from Salem and I was entirely surpised by vocalist, Jacob Bannon. Throughout entire concert he was very polite towards the public. He also made an impression of a very modest man. I'd like to mention two more surprises: one positive and one negative. OFF made me encounter Charles Bradley's music for the first time. Amazing performance. Great music, very good vocal, beautiful melodies. What more can you ask for? The best concert from Friday and one of the best from the entire OFF. Unfortunately, later I went to see Mazzy Star. This was one of the shows that I waited for the most. Generally I can't have any objections about their music. But... I've heard of Hope Sandoval's shyness, rare interactions with public. But I didn't expect that she wouldn't say a word even one single time. The sound was very poor. And also the public didn't rise to the occasion. Of course, these accusations have nothing to do with the band. It's just that all of it, combined, left bad taste.

On Saturday I really liked one band from Warsaw, The Stubs. They played really energetic, stimulating set. Appearance by Tides from Nebula & Blindead also mage a good impression. Nothing unusual, probably, since I like both these bands. Excellently played band that I have been waiting for, Other Lives. Mood created by Jesse Tabish and his band was a little bit melancholic, but you wouldn't expect anything else. I've had positive impressions after Baroness played - there was some old stuff, there were songs from "Green & Yellow". Generally: very solid concert on even level. I found Thurston Moore's performance excellent. Too bad I didn't have the ocasion to see Sonic Youth. But Moore alone presents really good rock music. Undoubtedly the star of this day - and entire OFF Festival - was Iggy Pop & The Stooges. Iggy proved that punk rock is his life. Old, in pain, tired and still raging across the stage entire time. In my humble opinion Iggy & The Stooges showed that they've got in them more power than most of young rock bands. Amazing show, worth seeing without doubt.

On last day we arrived quite late. First band we heard was Fanfarlo. It was nice, but didn't carry me away. What surprised me was Ty Segall, entirely unknown to me before. I'm sure I'll be listening to his records soon. I was just as surprised by Kim Gordon. Unfortunately, while her ex-partner made a very good impression, I left Kim & Ikue Mori pretty fast. I didn't pay much attention to Battles, since I was already waiting for Henry Rollins. He wasn't singing, as expected. Do I like his show? Yes. However it also disappointed me a little bit. Maybe that's just me, but I felt like there wasn't much new stuff for someone familiar with his books, records, shows. It was interesting, however it felt more like a "Henry Rollins 101". That's how I perceived this show. Especially because Rollins made me give up on Stephen Malkmus. The last thing I've heard durinf OFF 2012 was SWANS. They were crushing, a massice wall of sound. If only Jarboe was there...

In egenral: not much new discoveries due to my illness. But some have happened. Bands I knew made it to my expectations, almost without an exception. Place as enchanting, as when I first came to OFF. And people... A lot of really interesting men. And that's where I'd like to greet crew of local punk veterans. Thanks for nicely spend time together!

Next year I'll surely buy a ticket before any line-up is known. OFF is a sure good music and time. Always.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Recenzja: Lemolo "The Kaleidoscope"


Click for the English version

Lemolo postawiły przede mną jedno z największych wyzwań, z jakimi miałem do czynienia w ostatnim czasie. Zaczęło się od wysłuchania ich występu w radiu KEXP z Seattle. Poruszony tym, co usłyszałem, jeszcze tego samego dnia kupiłem ich debiutancki album, "The Kaleidoscope", wydany na początku lipca. I właśnie wtedy pojawił się problem: już pierwszy utwór oczarował mnie tak całkowicie, że słuchałem wyłącznie jego. Podjęcie decyzji o przesłuchaniu reszty, wymagało ode mnie długiej walki z samym sobą. Co zatem właściwie ten kobiecy duet rodem z Seattle ma do zaoferowania?

Muzyka nagrywana przez Lemolo to dream pop. Meagan Grandall, wokalistka, grająca również na gitarze i klawiszach, oraz Kendra Cox, odpowiedzialna za perkusję i klawisze, stworzyły na swoim albumie oniryczny, delikatny nastrój, przywodzący na myśl letni zmierzch, ciepłą noc. Nie ma tutaj miejsca na bardzo skomplikowane aranżacje lub nakładane na siebie kolejne warstwy dźwięku. Lemolo postawiły w brzmieniu na prostotę i ich podejście się sprawdza w stu procentach. Dream pop powinien być eteryczny i właśnie taki jest "The Kaleidoscope", czemu w żaden sposób nie przeszkadza bardzo mocno i wyraźnie zaznaczone brzmienie bębnów Kendry Cox. Nie oznacza to jednak, że wszystkie utwory są takie same.

Otwierający album "Knives", o którym wspominałem wcześniej, jest bardzo emocjonalny. Meagan śpiewająca: "Oh, I pray for thicker skin/How could I not let you in?" oraz towarzysząca jej głosowi prosta muzyka, dają mocno zapadający w pamięć efekt. "Letters" zbudowana jest wokół dźwięków tradycyjnego pianina, podczas gdy "Whale Song", za sprawą brzmienia klawiszy, przywołuje dokonania synth popu. "On Again, Off Again" jest z kolei bardziej kołyszący, mi się za każdym razem kojarzy z brzegiem i uderzającymi o niego falami. "Tracing" jest bardzo spokojny, wręcz wyciszony, uspokajający. Zdecydowanie nie jest monotonnie.

Słuchając tej płyty przypomniałem sobie film, który oglądałem dawno temu, mianowicie "Hook". Nie pamiętam dokładnych słów, ale w jednej z końcowych scen Dzwoneczek mówi w nim coś podobnego: "Znasz to miejsce między snem a jawą? Miejsce, w którym wciąż jeszcze pamiętasz sny?". Przypomniały mi się te słowa, bo chyba właśnie stamtąd wywodzi się muzyka Lemolo. Mam nadzieję, że odniosą sukces - zasługują na niego.

Dla fanów cyferek: 7/10

Lemolo have made me face one of the biggest challenges, recently. Everything started when I heard them play on radio KEXP from Seattle. Moved by what I've heard, I immediately bought their debut LP, 'The Kaleidoscope', released in early July. And that's when my problem emerged: I couldn't get past the very first track. It has enchanted me so deeply, that it was the only track I listened to. It took me awhile to finally hear the rest of the album. So what is it exactly, that this Seattle-based female duet has to offer?

Music played by Lemolo is a dream pop. Meagan Grandall, vocalist, guitarist and pianist, and Kendra Cox, responsible for drums, keyboards & percussion, have managed to create on their album an oneiric, delicate mood, reminding of a summer's sunset, warm night. There's no room for very complicated arrangements or superimposed layers of sound. Lemolo have put trust in simplicity and it's a 100% match. Dream pop should be ethereal and that's exactly the way, 'The Kaleidoscope" is. And the fact that Cox's drums are very strong and clear isn't any harm to the mood. However, all of this doesn't mean, that all of their songs sound the same.

'Knives', mentioned earlier album opener, is deeply emotional. Meagan's singing 'Oh, I pray for thicker skin/How could I not let you in?' combined with not overcomplicated music, gives a very memorable effect. 'Letters' is built using the traditional sound of piano, while 'Whale Song' evokes synth pop due to keyboard sound. On the other hand 'On Again, Off Again', is more swaying, reminding me of the shore and the waves crashing it. 'Tracing' is very quiet, calmed down and soothing. Definitely the album is all but monotonous.

This CD made me remember a movie that I've seen a long time ago, 'Hook'. In one of it's final scenes Tinkerbell says: 'You know that place between sleep and awake? That place where you still remember dreaming?'. I remembered those words, because I think that's exactly where Lemolo music comes from. I hope they will succeed - they deserve it.

For all the fans of numbers and such: 7/10

Lemolo "Open Air" from James Bailey on Vimeo.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Recenzja: Heartless Bastards "Arrow"



Click for the English version

Tegoroczna płyta Heartless Bastards, czyli "Arrow", jest już - o ile mi wiadomo - czwartą w ich dorobku. Przyznaję się, że jest równocześnie pierwszą, którą miałem okazję usłyszeć. Jednak wygląda na to, że nie będzie ostatnią. Nie przy jakości materiału, jaki został na niej nagrany.

Heartless Bastards stawia na rockowe brzmienie. I słychać w nim, że jest to wybór podyktowany wyłącznie potrzebą serca, niczym innym. A dokładniej - potrzebą serca Eriki Wennerstrom, która jest autorką wszystkich piosenek nagranych na "Arrow". Równocześnie jest gitarzystką i wokalistką zespołu. I właśnie jej głos jest jednym z najbardziej interesujących punktów płyty. O charakterystycznej, jakby zachrypniętej barwie, pełen emocji. Niewątpliwie to jeden z największych atutów Heartless Bastards, jeśli nie największy. Gdy autorka śpiewa "Well the arrow killed the beast/That is burnin' inside of me" w "The Arrow Killed the Beast" albo "And the hour is getting late" w "Down in the Canyon" ciarki an grzbiecie są często towarzyszącym uczuciem.

Muzycznie Erika Wennerstrom czerpie z tradycji garage rocka i bluesa. Słychać tutaj też spuściznę folku ("Low Low Low") czy glamu ("Got to Have Rock and Roll", który mógłby trafić z powodzeniem na album T. Rex). Z kolei trwający sześć i pół minuty "The Arrow Killed the Beast" byłby całkowicie na miejscu na ścieżce dźwiękowej spaghetti westernu Sergia Leone. Dźwięk wywołujący skojarzenia z pustynią, brakiem ludzi, słońcem. Wbrew pozorom na albumie nie panuje chaos. Są momenty bardziej żywe, pulsujące, błyszczące, są też chwile wyciszenia. Ale stylistycznie całość jest do siebie znakomicie dopasowana. Dobrze, że zamykający album "Down in the Canyon" trwa siedem i pół minuty - tak solidna porcja na pożegnanie nie pozwala na niedosyt.

Warto posłuchać, jeśli ktoś lubi rockowe, tradycyjne granie.

Dla fanów cyferek: 7/10

Album released by Heartless Bastards this year - 'Arrow' - is, as far as I know, their fourth record. I must admit that it's also the first one I've heard. However it looks like it's not going to be the last one. Not with the quality of this release.

Heartless Bastards puts emphasis on rock sound. And you can here that it's a choice of heart, not of anything else. A choice of Erika Wennerstrom's heart, to be exact, as she's the author of all of the songs on 'Arrow'. At the same time she's guitarist and vocalist of the band. And it's her voice, that is one of the most intriguing points of album. Characteristic, hoarse timbre, filled with emotion. Definitely one of the biggest, if not the biggest - assets of Heartless Bastards. When the author sings 'Well the arrow killed the beast/That is burnin' inside of me" in 'The Arrow Killed the Beast' or 'And the hour is getting late" in 'Down in the Canyon' goose bumps are a common reaction.

Music by Erika Wennerstrom draws a lot from the tradition of garage rock and blues. You can hear here also echoes of folk ('Low Low Low') or glam ('Got to Have Rock and Roll', which might be successfully released by T.Rex). 'The Arrow Killed the Beast', which lasts for six and a half minutes, might be put on sound track from Sergio Leone's spagetthi werstern. It's sound brings to listener pictures of desert, sun, lack of men. However the CD isn't in any way chaotic. There are moments more shining, full of life, pulsating, there are also calm, but the whole is coherent and matches up. It's great that 'Down in the Canyon', serving as closer to entire album, is seven and a half minutes long - so big portion of great music as a goodbye can't leave you with a feeling of shortage.

It's really worth a listen if you're into rock, traditional music.

For all the fans of numbers and such: 7/10

poniedziałek, 30 lipca 2012

Recenzja: Darkness Falls "Alive in Us"


Click for the English version

Słabość do Skandynawii mam od dawna. Ale od pewnego czasu zauważam coraz większe "zafiksowanie" na punkcie wokalistek rodem z północy. Tym razem parę słów o duecie z Kopenhagi - Darkness Falls, który wydał w ubiegłym roku płytę "Alive in Us".

Produkcją płyty zajął się Trentemøller. To pozwala czuć się spokojnym, jeśli chodzi o brzmienie. Natomiast nawet świetny producent nie będzie miał szans na "wyczarowanie" czegoś dobrego ze słabych utworów. Na szczęście tutaj nie ma takiego problemu. Płytę rozpoczyna "Intro", o którym nie da się właściwie powiedzieć nic więcej - pojawia się w nim szum fal, który jest klamrą spinającą płytę. Na samym albumie panie czerpią muzycznie z różnych rejonów. Jest tutaj delikatna kołysanka "Noise on the Line", która stanowi łagodne i przyjemne wprowadzenie do reszty materiału. "The Void" to z kolei utwór bardziej ożywiony, z wykorzystaniem znacznej ilości elektroniki. "Hey!" wydaje się być piosenką przeniesioną żywcem ze ścieżki dźwiękowej któregoś z filmów Roberta Rodrigueza. Trwający ponad sześć minut "Josephine", w którym gościnnie pojawia się Kim Las, ma interesujący, ciężki klimat - piosenka rozwija się powoli, ma pulsujący środek, z wyraźnie zaznaczonym beatem, żeby pod koniec ponownie zwolnić. "Before the Light Take Us" to z kolei znakomite rockowe granie, w którym słychać echa surfu. Na koncertach ten utwór musi sprawdzać się znakomicie, ponieważ nie pozwala siedzieć spokojnie. "Timeline" garściami czerpie z lat 80-tych i Depeche Mode. Jak widać inspiracji Dunki miały wiele. Całe szczęście korzystają z nich umiejętnie i efekt nie przyprawia o niesmak.

Jeśli chodzi o teksty, to w większości obracają się wokół tematu związków. Znajdziemy go prawie wszędzie - w "The Void" ("Emptiness calls from the void of you/(...)/It's a sickening of the heart/When you love someone and then they're gone"), w "Before The Light Takes Us" ("The time that we spend/Is it all just pretend/We have what we need/But our hearts bleed and seek"), w "Noise On The Line" ("You'll go all the way/To me and say/I'll stay in this old town/And wonder if I found/My true love, thats you"). Nic odkrywczego z całą pewnością tutaj znaleźć się nie da. Ale słucha się dobrze.

Dobra, równa płyta. Bez niesamowitych fajerwerków, ale dająca nadzieję na naprawdę świetny materiał w przyszłości. Słuchanie nie sprawi najmniejszej przykrości.

Dla fanów cyferek: 6/10

I've got a weak spot for the Scandinavia for a very long time now. But quite recently I have started to observe some kind of bigger interest in vocalists from the North. This time I'd like to share my opinion on a duet from Copenhagen, Darkness Falls, who have released their debut album last year.

Producer of their album is no one else, but Trentemøller. It makes you patient about the sound. However even the best producer won't do much, if the material is no good from the start. Luckily, here it wasn't a problem. The CD begins with 'Intro' and that's probably all you can say about it: it's the sound of waves, that takes the whole album in brackets, somehow. The music itself draws from various areas. There's a delicate lullaby 'Noise on the Line', that serves as a smooth and pleasant introduction to the rest of the material. 'The Void' is more energetic, heavily using electronic. 'Hey!' seems to be a song that's been put here straight out of soundtrack from one of Robert Rodriguez' movies. 'Josephine', lasting longer than 6 and a half minutes, with Kim Las as a guest, has an interesting, hard climate - song develops slowly until the pulsing middle part, with very clear bass, just to slow down once again at the end. 'Before the Light Takes Us' is great, rock song, with clear echoes of surf. This song must be a killer at gigs, because it just won't let you sit. 'Timeline' draws from eighties and Depeche Mode. As you can see girls from Denmark had a really wide range of inspirations. Luckily, they use them wisely and the effect is tasty.

When it comes to lyrics, most of them is about relationships. We can find this subject almost everywhere: in 'The Void' ('Emptiness calls from the void of you/(...)/It's a sickening of the heart/When you love someone and then they're gone'), in 'Before the Light Takes Us' ('The time that we spend/Is it all just pretend/We have what we need/But our hearts bleed and seek'), in 'Noise on the Line' ('You'll go all the way/To me and say/I'll stay in this old town/And wonder if I found/My true love, thats you'). You certainly won't find anything original in here. But it all sounds good.

It's a good, equal album. Without incredible fireworks, but leaving you with feeling, that something great might be coming this way. Listening to this CD definitely won't hurt your ears.

For all the fans of numbers and such: 6/10


czwartek, 26 lipca 2012

Fiona Apple: wywiad w WTF

Wszystkim zainteresowanym muzyką i osobą Fiony Apple polecam wywiad, który przeprowadził z nią Marc Maron. Rozmowa z artystką zaczyna się w 14 minucie i - szczerze mówiąc - dopiero od tego momentu warto włączyć podcasta. Chyba, że macie ochotę słuchać przez kilkanaście minut opowieści o tym, jak Marc Maron był na ślubie swojego przyjaciela i jakie poczynił wówczas odkrycia natury duchowej.

Co w samym wywiadzie? Fiona opowiada m.in.: o swoich zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych, dzieciństwie, złośliwości wobec jej osoby, wraca do przypadku przerwania koncertu i zejścia ze sceny. Bardzo szczera rozmowa. I bardzo interesująca. Warto poświęcić godzinę na jej wysłuchanie.

Recenzja: Miss Li "Beats & Bruises"



Miss Li (którą z Lykke Li łączy jedynie szwedzkie pochodzenie) szykuje się do wydania jesienią kolejnej płyty. Trzeba przyznać, że jest bardzo płodną autorką - poprzedni album studyjny, "Beats & Bruises", ukazał się w zeszłym roku. A karierę Miss Li rozpoczęła w 2006 roku. Sześć płyt w ciągu siedmiu lat? To robi wrażenie. I może budzić wątpliwości co do poziomu nagrań. Szczerze mówiąc nie wiem jak wygląda sytuacja z wcześniejszymi płytami, ale jeśli chodzi o "Beats & Bruises" - jedyne znane mi dokonanie Miss Li - to nie ma powodów do obaw. Nie ma tutaj też żadnych przełomowych dokonań, ale słucha się jej bardzo dobrze.

Za wszystkie piosenki odpowiada duet autorski Linda Carlsson (czyli Miss Li właśnie) oraz Sonny Boy Gustaffson. Oprócz gitar, perkusji oraz klawiszy, można tu usłyszeć również instrumenty dęte: trąbkę, saksofon czy puzon. A efektem, jaki to całe instrumentarium przynosi, jest... Muzyka pop. Oczywiście, nie jest to pop w typie, który codziennie atakuje ze stacji radiowych i telewizyjnych. Jednak Miss Li celuje w nagrywanie muzyki popularnej i bardzo dobrze się wywiązuje z postawionego sobie zadania. "Beats & Bruises" nawiązuje chwilami stylistyką do dawnych kabaretów (szkoda, że w warstwie muzycznej znacznie mniej niż graficznej - wiele sobie obiecywałem za sprawą okładki). Już początkowe akordy otwierającego płytę "The Devil's Taken Her Man" przykuwają uwagę. Bywają słabsze momenty (jak "Shoot Me"), ale to chwilowa zadyszka, którą ratuje kolejny utwór ("You Could Have It (So Much Better Without Me)", który sam porywa do tańczenia). I tak aż do zamykającego, najlepszego na płycie, "Are You Happy Now?". Na jedną rzecz trzeba uważać - Miss Li śpiewa zazwyczaj z manierą, przez którą brzmi jak dziecko. Jeśli się tego nie zaakceptuje, ba!, nie polubi - ze słuchania nici.

Jak wspominałem nie znam wcześniejszych płyt Lindy Carlsson, ale śmiem podejrzewać, że ten stan rzeczy się wkrótce zmieni. "Beats & Bruises" to przyjemna muzyka i z chęcią posłucham więcej.

Dla fanów cyferek: 6/10

poniedziałek, 23 lipca 2012

Recenzja: Other Lives "Tamer Animals"

W zeszłym roku ukazała się druga płyta zespołu Other Lives, zatytułowana "Tamer Animals". Pięcioro Amerykanów już wkrótce przyleci do Polski z Oklahomy (zapewne z kilkoma przystankami na trasie koncertowej), żeby wystąpić podczas tegorocznego OFF Festiwalu w Katowicach. Będąc w Dolinie Trzech Stawów warto przejść się na ich występ.

Przyznaję, że momentami płyta całkowicie odbiera mi oddech (jak choćby w singlowym "For 12"). Other Lives nagrali album folkowy od początku do końca. I zrobili to z dumnie podniesioną głową. Piosenki wykorzystują dość szerokie spektrum, jeśli chodzi o instrumenty: naturalnie, nie mogło zabraknąć gitar oraz perkusji, ale wykorzystane zostały też skrzypce, wiolonczela, trąbka, klarnet, a nawet waltornia oraz fisharmonia. Na szczęście nie jest to przerost formy nad treścią. Cała ta mnogość przynosi płycie korzyść. Brzmienie jest bogate, soczyste. Wspomniane "For 12" roztacza wspaniały, melancholijny klimat. "Dust Bowl III" budzi nostalgię (spory udział mają tutaj też słowa, jak: "Just like the wind blows/Into the great unknown/We're on our way"), przywołując postacie ludzi wędrujących przez Stany Zjednoczone w czasie Wielkiego Kryzysu.

Interesująca jest zresztą warstwa tekstowa płyty. Jessie Tabish zazwyczaj jest bardzo zagadkowy. Nie umniejsza to jednak atrakcyjności pisanych przez niego słów. Przynajmniej dla mnie. Nie mam pojęcia co autor ma na myśli śpiewając w "As I Lay My Head Down": "The end is holy". Nie wiem co chciał przekazać w "Tamer Animals" słowami: "Solitary motion, in the wake of an avalanche/Deer in the headlights, there goes the weaker one". Ale i tak za każdym razem mnie oczarowują. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Jednak należy pamiętać, że sam Tabish swój głos uważa za kolejny instrument, a teksty pozostawia jako wolne do interpretacji. Może dlatego tak mi się podobają - słyszę w nich to, co chcę usłyszeć.

Żaden utwór nie jest tutaj, naturalnie, energetyczną bombą, ale nie należy wyobrażać sobie, że cała płyta to jednostajne, smutne brzdąkanie. Różna jest stylistyka, różne tempo. Ale cała płyta ma w sobie subtelność i piękno. Polecam. Zagwarantuje wspaniałe emocje.

Dla fanów cyferek: 7/10



PS Jako ciekawostka - nieoficjalny teledysk autorstwa Toma Blancharda. Przepiękny.