czwartek, 26 lipca 2012

Recenzja: Miss Li "Beats & Bruises"



Miss Li (którą z Lykke Li łączy jedynie szwedzkie pochodzenie) szykuje się do wydania jesienią kolejnej płyty. Trzeba przyznać, że jest bardzo płodną autorką - poprzedni album studyjny, "Beats & Bruises", ukazał się w zeszłym roku. A karierę Miss Li rozpoczęła w 2006 roku. Sześć płyt w ciągu siedmiu lat? To robi wrażenie. I może budzić wątpliwości co do poziomu nagrań. Szczerze mówiąc nie wiem jak wygląda sytuacja z wcześniejszymi płytami, ale jeśli chodzi o "Beats & Bruises" - jedyne znane mi dokonanie Miss Li - to nie ma powodów do obaw. Nie ma tutaj też żadnych przełomowych dokonań, ale słucha się jej bardzo dobrze.

Za wszystkie piosenki odpowiada duet autorski Linda Carlsson (czyli Miss Li właśnie) oraz Sonny Boy Gustaffson. Oprócz gitar, perkusji oraz klawiszy, można tu usłyszeć również instrumenty dęte: trąbkę, saksofon czy puzon. A efektem, jaki to całe instrumentarium przynosi, jest... Muzyka pop. Oczywiście, nie jest to pop w typie, który codziennie atakuje ze stacji radiowych i telewizyjnych. Jednak Miss Li celuje w nagrywanie muzyki popularnej i bardzo dobrze się wywiązuje z postawionego sobie zadania. "Beats & Bruises" nawiązuje chwilami stylistyką do dawnych kabaretów (szkoda, że w warstwie muzycznej znacznie mniej niż graficznej - wiele sobie obiecywałem za sprawą okładki). Już początkowe akordy otwierającego płytę "The Devil's Taken Her Man" przykuwają uwagę. Bywają słabsze momenty (jak "Shoot Me"), ale to chwilowa zadyszka, którą ratuje kolejny utwór ("You Could Have It (So Much Better Without Me)", który sam porywa do tańczenia). I tak aż do zamykającego, najlepszego na płycie, "Are You Happy Now?". Na jedną rzecz trzeba uważać - Miss Li śpiewa zazwyczaj z manierą, przez którą brzmi jak dziecko. Jeśli się tego nie zaakceptuje, ba!, nie polubi - ze słuchania nici.

Jak wspominałem nie znam wcześniejszych płyt Lindy Carlsson, ale śmiem podejrzewać, że ten stan rzeczy się wkrótce zmieni. "Beats & Bruises" to przyjemna muzyka i z chęcią posłucham więcej.

Dla fanów cyferek: 6/10

poniedziałek, 23 lipca 2012

Recenzja: Other Lives "Tamer Animals"

W zeszłym roku ukazała się druga płyta zespołu Other Lives, zatytułowana "Tamer Animals". Pięcioro Amerykanów już wkrótce przyleci do Polski z Oklahomy (zapewne z kilkoma przystankami na trasie koncertowej), żeby wystąpić podczas tegorocznego OFF Festiwalu w Katowicach. Będąc w Dolinie Trzech Stawów warto przejść się na ich występ.

Przyznaję, że momentami płyta całkowicie odbiera mi oddech (jak choćby w singlowym "For 12"). Other Lives nagrali album folkowy od początku do końca. I zrobili to z dumnie podniesioną głową. Piosenki wykorzystują dość szerokie spektrum, jeśli chodzi o instrumenty: naturalnie, nie mogło zabraknąć gitar oraz perkusji, ale wykorzystane zostały też skrzypce, wiolonczela, trąbka, klarnet, a nawet waltornia oraz fisharmonia. Na szczęście nie jest to przerost formy nad treścią. Cała ta mnogość przynosi płycie korzyść. Brzmienie jest bogate, soczyste. Wspomniane "For 12" roztacza wspaniały, melancholijny klimat. "Dust Bowl III" budzi nostalgię (spory udział mają tutaj też słowa, jak: "Just like the wind blows/Into the great unknown/We're on our way"), przywołując postacie ludzi wędrujących przez Stany Zjednoczone w czasie Wielkiego Kryzysu.

Interesująca jest zresztą warstwa tekstowa płyty. Jessie Tabish zazwyczaj jest bardzo zagadkowy. Nie umniejsza to jednak atrakcyjności pisanych przez niego słów. Przynajmniej dla mnie. Nie mam pojęcia co autor ma na myśli śpiewając w "As I Lay My Head Down": "The end is holy". Nie wiem co chciał przekazać w "Tamer Animals" słowami: "Solitary motion, in the wake of an avalanche/Deer in the headlights, there goes the weaker one". Ale i tak za każdym razem mnie oczarowują. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Jednak należy pamiętać, że sam Tabish swój głos uważa za kolejny instrument, a teksty pozostawia jako wolne do interpretacji. Może dlatego tak mi się podobają - słyszę w nich to, co chcę usłyszeć.

Żaden utwór nie jest tutaj, naturalnie, energetyczną bombą, ale nie należy wyobrażać sobie, że cała płyta to jednostajne, smutne brzdąkanie. Różna jest stylistyka, różne tempo. Ale cała płyta ma w sobie subtelność i piękno. Polecam. Zagwarantuje wspaniałe emocje.

Dla fanów cyferek: 7/10



PS Jako ciekawostka - nieoficjalny teledysk autorstwa Toma Blancharda. Przepiękny.

sobota, 21 lipca 2012

Recenzja: A.K.A.C.O.D. "Happiness"

A.K.A.C.O.D. to zespół powstały po śmierci Marka Sandmana i zakończeniu działalności Morphine. Wydał, niestety, tylko jeden album, czyli "Happiness". Ukazał się on w 2008 roku, ale nigdy nie przebił się do szerszego grona odbiorców. A całkowicie niesłusznie, ponieważ sobie na to zdecydowanie zasłużył.

Nazwa grupy to skrót od "Also Known As Colley Ortiz Dersch". Nie jest trudno domyślić się, że tworzyli ją właśnie Dana Colley (Morphine, Twinemen) na saksofonie, Monique Ortiz (Bourbon Princess) na basie (dość specyficznym...), gitarze i wokalu oraz Larry Dersch (Binary System) dbający o stronę perkusyjną. Wszyscy związani byli wcześniej z Morphine - w bliższy lub dalszy sposób. "Happiness" mocno do estetyki kapeli Sandmana nawiązuje, co nie powinno być niczym dziwnym.

Instrumentarium, które słychać na albumie, nadaje mu charakterystyczne brzmienie. Mocny rytm wybijany przez Derscha eksponuje rockowe korzenie. Bas Monique Ortiz doprawia całość bluesowym smutkiem. Z kolei barwa głosu wokalistki nadaje muzyce zmysłowości, którą na równi z nią buduje saksofon Colley'a. Ten ostatni wprowadza również do tonu zespołu posmak jazzu. Ta mieszanka daje znakomity, choć mocno ciężki od strony emocjonalnej, efekt. A gdy w "Cheer You On" pojawiają się klawisze, dzięki gościnnemu występowi Jima Morana, nastrój staje się jeszcze bardziej duszny. Zresztą, przyznać trzeba, że cały album jest przytłaczający. Sporą rolę odgrywają tutaj teksty.

Płytę otwiera tytułowy "Happiness" słowami: "Whatever happened to the pain?/And all the stuff that made us great?". W tym samym utworze wokalistka stwierdza: "The hole that happiness makes, you never notice it right away". Kolejny ("Spanish Fly") zaczyna wyznanie: "Empty out my mind on some porno back in '89/Wake to masturbate, I hold my breath and hesitate", a dalej Ortiz śpiewa: "Got some bones I'm gonna raise, spanish fly on birthday cake". Następujący później "Bad Weather" (mój ulubiony utwór z całej płyty) nie jest bardziej optymistyczny: "Well, I'm haunted, but not quite destroyed/The river at my knees, I'm here for you boy" albo w refrenie: "The bad weather comes too fast". W "DMY" słyszymy: "I miss your kiss like I miss my breathing/What would it take to get you here this evening?". We "Three Chairs": "Why do I feel scared? I think I live here/But I'm not sure how I got here (...) Your bedroom, so big and foreboding/I can't imagine making love to anyone here/I am home, but it isn't home". W "Cheer You On": "If I crumble don't panic at all/Just go get some glue (...) Where are those witnesses tonight? They take so long/The ghosts arrive in their limousines/They’re here to cheer you on". Ta niewielka garść przykładów daje znakomity obraz tego, co czeka na słuchacza.

Jaki więc jest ten album? Wyobraź sobie rockowy koncert, tłum ludzi, piwo. Tak, to przyjemne przeżycie, ale "Happiness" ma inny nastrój. Jej klimat, to zespół na niewielkiej scenie, ludzie pijący whisky przy stolikach i barze, w półmroku, ukryci w gęstym dymie papierosów. Patrzący na kapelę, ale będący myślami gdzie indziej. Wspominający dawne grzechy i świeże błędy...

Dla fanów cyferek: 8/10

poniedziałek, 16 lipca 2012

Recenzja: Royal Thunder "CVI"

Miesiące temu usłyszałem utwór "Grave Dance" nieznanego mi zupełnie zespołu Royal Thunder. Po krótkim rekonesansie w sieci kupiłem EP-kę, czego potem żałowałem przez dłuższy czas, ponieważ było mi mało. Nieprzyjemne uczucia ustąpiły dopiero na przełomie maja i czerwca, gdy wreszcie ukazała się płyta, na którą nieopatrznie narobiłem sobie ogromnego apetytu. Pierwszy album zespołu Royal Thunder, czyli "CVI" (rzymskie 106 - cokolwiek by tytuł miał oznaczać).

Granie jest z solidnym zadziorem. W bardzo interesujący sposób została tutaj połączona przede wszystkim muzyka bluesowa i metal. Ale wycieczki odbywają się również w innych kierunkach. Całkiem często zdarza się, że Mlny Parsonz - wokalistka i basistka - przestaje śpiewać, a utwory podążają wtedy w kierunku nagrań z kręgu rocka progresywnego. Wyraźne są również inspiracje psychodelią oraz stonerem. I nie da się nie zauważyć, że Royal Thunder wywodzą się z Południa (a dokładnie Georgii w stanie Atlanta).

Kapela jest zdecydowanie "ciężka", ale obok numerów szybkich, są również spokojne, jak np. "Sleeping Witch" (jedyny utwór z EP-ki, który wszedł na LP), który uzyskuje unikalne brzmienie dzięki pojawiającej się w nim wiolonczeli i ma lekki posmak folku. "South of Somewhere" rozkręca się bardzo długo, budując nastrój mroku i tajemnicy ("Oh, what these watchmen see/These things will haunt their bones"), żeby ustąpić miejsca gwałtownemu rytmowi, który pojawia się z wejściem perkusji. "Shake and Shift" charakteryzują brzmienia, których nie powstydziłaby się porządna kapela post-metalowa. Widać zatem, że płyta jest bardzo dynamiczna. Przy pierwszym przesłuchaniu ciągle zaskakuje. Przy kolejnych nie daje szansy na nudę swoimi zmianami tempa, nastroju. Ale zdecydowanie najmocniejszym punktem kapeli jest wokal. Mlny pozwala sobie z nim eksperymentować - czasem krzyczy, innym razem zawodzi, zdarza jej się brzmieć prawie jak mężczyzna. Ale bez względu na to, co robi ze swoim głosem, robi to dobrze. Ciężko uwierzyć, że osoba obdarzona takim talentem, bała się początkowo występów. Gdy w zamykającym płytę "Black Water Vision" śpiewa ostatni wers: "My spirit is possessed", jestem skłonny jej uwierzyć.

Fani mocnego, gitarowego grania powinni Royal Thunder posłuchać. Ciężko chwilami uwierzyć, że jest to debiut - nic dziwnego, że wydania materiału podjęła się wytwórnia Relapse Records. Taki poziom na początek może budzić pewne obawy - czy zespół zdoła przeskoczyć tak wysoko ustawioną poprzeczkę. Jestem dobrej myśli.

Dla fanów cyferek: 7/10

wtorek, 10 lipca 2012

Recenzja: Fiona Apple "The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw And Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do"

Fiona Apple stanowi trudny obiekt muzycznej fascynacji. Jeśli chodzi o wydawanie albumów, to wymaga cierpliwości jeszcze większej niż Tool (który przecież nie słynie z częstego wypuszczania materiału). Tendencja jest niepokojąca, jeśli wziąć pod uwagę, że na "Extraordinary Machine" (poprzedni album) czekaliśmy lat sześć, a na najnowszy już siedem. Oby kolejny nie powstawał tyle samo, albo i więcej, czasu. Choć jeżeli później mamy dostawać rzeczy równie wartościowe, jak najświeższe wydawnictwo, to może jednak warto?

"The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw And Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do" (tytuł jest długi, ale trzeba przyznać, że nowemu albumowi nadal jest pod tym względem bardzo daleko do pamiętnego "When The Pawn...") jest równie bezwzględnie i brutalnie szczera, jak jej poprzedniczki. Teksty gorzkie i bezkompromisowe są znakiem rozpoznawczym autorki już od czasu jej znakomitego debiutu, "Tidal", w 1996 roku. Również tym razem wokalistka otwiera się całkowicie, nie zachowując żadnych intymnych szczegółów dla siebie. Niektórzy chodzą do psychoanalityka, Fiona Apple egzorcyzmuje swoje demony przed ludźmi na całym świecie. "The Idler Wheel..." to akt skrajnego emocjonalnego ekshibicjonizmu, wyznanie samozniszczenia. Już w pierwszym utworze, singlu "Every Single Night", Fiona Apple śpiewa: "Every single night's a fight with my brain", żeby za chwilę drżącym głosem podzielić się ze słuchaczem swoim credo "I just wanna feel everything". I o tym są piosenki - o trudnej miłości, o walce, o kontroli i o chęci odczuwania wszystkiego. W "Daredevil" usłyszymy "Hip hip for the lift/Hip hip for the drag/I want them all in my bag", w "Left Alone": "How can I ask anyone to love me/When all I do is beg to be left alone", w "Valentine": "You didn’t see my valentine/I sent it via pantomime/While you were watching someone else/I stared at you and cut myself". Czy na płycie są jaśniejsze, pozytywniejsze momenty? Nie, właściwie tylko "Hot Knife" to próba napisania czegoś bardziej pozytywnego, ale nie wiem czy nazwałbym ją udaną ("If I'm butter then he's a hot knife"). Może przez wymowę wcześniejszych 38. minut, które są bardzo cierpkie: "Jonathan" to wyznanie i równocześnie wyzwanie, skierowane do ex-partnera wokalistki, pisarza Jonathana Amesa. "Werewolf" to gorzki wyrzut po rozstaniu, "Periphery" - wyraz pogardy dla ludzi (a może roczarowania nimi?), którzy nie szanują siebie i pozwalają nieść się z nurtem, a to przecież nie wszystkie piosenki. I tak utwór po utworze, Fiona Apple obnaża swoje wnętrze i przyznaje, że rozpaczliwie pragnie miłości, ale nie potrafi zbudować związku.

Muzycznie - co nie jest niczym zaskakującym - największy ciężar opiera się na dźwiękach fortepianu, z którego pomocą Fiona tworzy duszną atmosferę albumu. Sięga przy tym do jazzu, rocka, bluesa - przebiera i wybiera, żeby po raz kolejny zagrać we własnym, niepowtarzalnym stylu. Bez względu na to czy od samego początku gra szybko, rytmicznie ("Left Alone"), czy woli uwieść słuchacza powolnym tempem rozwijającej się piosenki ("Valentine", przywodzące natychmiast na myśl "Slow Like Honey"), zawsze spełnia rozbudzone nadzieje. Silnym wsparciem w wysiłkach jest dla niej perkusista Charley Drayton, który swoją perkusją tworzy znakomite tło dla wokalu artystki. W utworach usłyszeć można także różne sample, dźwięki otoczenia, które dają czasem efekt wywołujący niepokój, jak harmider bawiących się dzieci w "Werewolf". Otwierające album "Every Single Night", ze swoimi przyprawiającymi o gęsią skórkę dźwiękami zabawek, zapada w pamięć natychmiast. Równie ciekawy akcent towarzyszy zakończeniu płyty, czyli "Hot Knife", zaśpiewanym prawie w całości a cappella.

Absolutnie najmocniejszy album, jaki słyszałem w tym roku. Moim zdaniem trzeba go przesłuchać. Tylko nie nastawiajcie się na przyjemne przeżycie.

Dla fanów cyferek: 9/10

PS W edycji deluxe dostajemy (między innymi) DVD z pięcioma piosenkami zagranymi na tegorocznym SXSW: 1) Fast as you can, 2) A mistake, 3) Anything we want, 4) Sleep to dream, 5) Every single night. Nie wiadomo kiedy Fiona Apple odwiedzi Polskę, więc chyba warto...

czwartek, 5 lipca 2012

Recenzja: Delta Spirit "Delta Spirit"

Pochodzący z San Diego zespół Delta Spirit wypuścił trzecią płytę, zatytułowaną... "Delta Spirit". W osobach, które chciałbyby dostać płytę nagraną na zasadzie: "to samo, tylko więcej", może wzbudzić mieszane odczucia. Mnie zachwyciła i uważam ją za najlepsze z dotychczasowych dokonań zespołu.

Kapela nie dokonała tak rewolucyjnych zmian, żeby całkowicie zmienić stylistykę. Jednak… Na pewno nikt nie powie, że „Delta Spirit” to americana. Oczywiście, jej elementy tutaj pobrzmiewają. Wciąż słyszymy chwilami klimaty alternatywy mieszanej z country, które poznaliśmy na poprzednich dwóch płytach. Ale pojawia się też elektronika (choćby w singlu „California”) i nastąpiło odejście w stronę brzmienia bardziej rockowego niż folkowego. Ze wszystkich tych elementów zespół stworzył całkowicie nową jakość w swojej dyskografii.

Płyta robi znakomite wrażenie od pierwszych taktów i utrzymuje wysoki poziom, aż do ostatnich. Oczywiście, czasem blisko są mielizny, ale kapela nawet na moment się nie zatrzymuje i ani myśli tonąć. Część utworów jest szybka, są jednak i spokojniejsze chwile. Pierwszą balladą na płycie jest „Home”, mniej więcej w jej połowie. Podobnie jak wcześniejsze, z ubiegłych lat, jest delikatna i bardzo melancholijna (choć może nie aż tak poruszająca, jak "Ballad of Vitaly"). Podobnie zresztą, jak „Into the Darkness” czy utwór „Yamaha”, zamykający album z wykorzystaniem delikatnej elektroniki. Ten drugi stanowi zresztą jeden z najbardziej interesujących momentów całości.

Co do żywszych utworów… Gitara w otwierającym album "Empty House" błyskawicznie mnie uwiodła. Wyraziste bębny, które zresztą towarzyszą potem słuchaczowi już przez prawie cały czas trwania płyty. "California" chwyciła mnie za serce w jednej sekundzie. Gdy usłyszałem ją jako zwiastun albumu miesiące temu, byłem oczarowany. Do dzisiaj jestem zachwycony. Atmosfera tej piosenki, tekst, muzyka - wszystkie elementy znakomicie się dopełniają. Zresztą, polecam przesłuchanie jej pod linkiem poniżej. Znakomity wybór singla. "Tellin' the Mind" zapada w pamięć czy się tego chce, czy nie. Szybki, rockowy numer, niespełna trzy minuty skondensowanej energii. Zdarzają się też jednak utwory nieco wolniejsze, choć jeszcze nie ballady – jak „Idaho”, który stanowi komentarz Vasqueza do kryzysu finansowego: „Some say that shit's for dreamers/We pack up our things and make our way to the theater/The suits will drop the ball again/We'll pass a hat and make another plan”.

To oczywiście nie wszystkie utwory na płycie, ale warto ją całą poznać osobiście. I mieć nadzieję, że Delta Spirit pojawią się z koncertem w Polsce raczej prędzej, niż później.

Dla fanów cyferek: 7/10

piątek, 29 czerwca 2012

Recenzja: Mark Lanegan Band "Blues Funeral"


Wydana na początku lutego płyta pozostaje moim pewniakiem do zestawienia dziesięciu najlepszych albumów bieżącego roku. Znakomita przeciwwaga dla dobiegającego zewsząd "indie" grania - rockowego i elektronicznego. Elektronika pojawia się też u Lanegana, ale z piętnem autora odciśniętym do ostatniej nuty. Fani dotychczasowej twórczości nie mają jednak powodu do zmartwienia: podstawą płyty są gitary. I - oczywiście - głos ex-wokalisty Screaming Trees. Również w warstawie tekstowej Lanegan obraca się w kręgu, w którym dobrze się odnajduje: wyglądania zbawienia bez nadziei na jego przyjście, braku łatwych wyjść, pustych butelek i oddechu Śmierci na plecach.

Otwierający album "The Gravedigger's Song" przyprawia o niepokój i gęsią skórkę. Rytm piosenki oraz słowa, jak np. rozpoczynający pieśń "With piranha teeth I've been dreaming of you", pozostają ze słuchaczem na długo. "Bleeding Muddy Water" trochę trąci, niestety, dłużyzną. Na początku robi dobre wrażenie swoją spokojną i ponurą atmosferą, bluesowym brzmieniem. Jednak prawie sześć i pół minuty można było śmiało skrócić. Utwór klimatem przypomina nagrania do spółki z Soulsavers. "Gray Goes Black" stanowi ożywienie, bardzo przydatne po swoim poprzedniku. Piosenka przyjemna i - wbrew temu, co zdaje się zapowiadać tytuł - nie przygniata słuchacza ciężarem emocjonalnym. "St. Louis Elegy" jest powrotem do bardziej wyciszonego brzmienia. Jest też jednym z najlepszych utworów na płycie. Blues we współczesnej postaci z tekstem przemawiającym do wyobraźni ("Woman, are you home?/A house of cards, a frame of bones"). Gościnnie pojawia się też tutaj drugi z The Gutter Twins - Greg Dulli. W "Riot in My House" słuchacza witają jazgotliwe gitary, które sprowadził ze sobą Josh Homme, inny z wieloletnich współpracowników Lanegana. Energetyczna i treściwa podróż przez cztery minuty szerzącego się chaosu w domu wokalisty. Przynajmniej w warstwie tekstowej, choć piosenka nie ma w sobie nic przypadkowego. "Ode to Sad Disco" zbudowany został w oparciu o "Sad Disco", utwór z filmu "Pusher II". Oda jest za długim utworem (ponownie prawie sześć i pół minuty), ale to jej jedyny mankament. Tak wygląda elektronika Marka Lanegana - niby da się przy tym tańczyć, ale jest na tyle ponuro, że chyba jednak lepiej usiąść przy barze i się napić. "Phantasmagoria Blues" jest utworem wiernym swojemu tytułowi: bluesowe wyznanie miłości ("I have given to you, Jane/A bruised and beaten love"), stanowiące równocześnie wyznanie grzechów. Elektryczne krzesła, żyletki - to tutaj można znaleźć... "Quiver Syndrome" to prawdziwy zastrzyk energii z czarującymi chórkami, śpiewającymi "oohooh". Ale chórki nijak nie moga się równać z gwiazdą wieczoru, zaczynającą swój refren od słów: "The moon don't smile on Satruday's child/Lying still in Elysian fields". Robi wrażenie. "Harborview Hospital" jest jak pierwszy spacer po mieście, do którego wróciło się po latach nieobecności, w piękny, słoneczny dzień. Znajome ulice, znajome miejsca, witające swoja odmiennością, podobnie jak ludzie. Zaskakujący utwór, nie spodziewałbym się go po tym wokaliście. "Leviathan" wydaje się uderzać w zupełnie inną nutę, gdy Mark Lanegan śpiewa na samym początku "I lay down my guns on a table", a w drugiej zwrotce: "Leviathan waits in the water/Skeletons hide in the trees/The hours crawl by like a spider/Hangman is following me". A jednak dzięki muzyce, która tym wersom towarzyszy, i dzięki ostatnim słowom: "Everyday a prayer/For what I never knew/But this one I said for you" utwór wydaje się kończyć pozytywnym spojrzeniem, może rozliczeniem swoich grzechów? "Deep Black Vanishing Train", akustyczny utwór z folkowym zacięciem, również zdaje się być jako całość pozytywny ("I have finally freed myself/But it's been hard to break away"), a jednak ma posmak goryczy i rozczarowania ("It's a deep black vanishing train/Upon a very long track/Standing on a sidewalk in the rain/Hands behind my back"). Ostatni utwór na płycie, "Tiny Grain of Truth", jest tych nieprzyjemnych uczuć pozbawiony. To spacer po mieście w świetle Księżyca albo nabrzeże obmywane nocnymi, czarnymi falami. Pogodzenie się z błędami przeszłości ("What's done is done is done now"). Znakomity koniec dla płyty z pogrzebem w tytule...

A swoją drogą, najbardziej mi żal, że na płytę nie trafiło "Burning Jacob's Ladder".

Dla fanów cyferek: 8/10